24 lutego 2015

Miodova (Kraków)


Miodova – zangielszczona nazwa i perfekcyjnie dopieszczone wnętrze na jednym z najpopularniejszych turystycznych szlaków w Krakowie? Nie zdziwiłoby mnie, jeśli na pierwszy rzut oka stwierdzilibyście, że nie jest to miejsce, którym warto się zainteresować, bo ja stwierdziłam to samo. Apetyt na Miodovą podkręciła mi dopiero przeczytana niedawno informacja, że dowodzi tam znany w Krakowie szef Mateusz Turaj.

W restauracji przywitał nas kelner ubrany w białą koszulę i trampki (?), zaprowadził do jednego z niewielu stolików bez rezerwacji i podał kartę zanim zdążyliśmy usiąść – podstawowy i jedyny błąd obsługi kelnerskiej w Miodovej, bo cała reszta posiłku pod tym względem przebiegała już bez zarzutu. Pomimo niezapełnionej (jeszcze) sali, na dania główne przyszło nam czekać absurdalnie długo, lecz także i z tego wybrnięto, proponując kieliszek słoweńskiego wina w ramach rekompensaty. To się chwali.

Zarówno na zdjęciach na stronie restauracji, jak i na żywo, wnętrze prezentuje się atrakcyjnie, choć w rzeczywistości wydaje się nieco bardziej ciasne. Jest dość eleganckie i jednocześnie przyjemnie kameralne. Nowoczesne elementy wystroju i modne zimne odcienie świetnie współgrają z drewnem, naturalnymi kwiatami i miękkimi poduchami. Kuchnia jest częściowo otwarta; już od wejścia można obserwować krzątających się w niej kucharzy. To zdecydowanie jedno z najładniejszych restauracyjnych wnętrz w mieście.

Miodova stawia głównie na kuchnię polską w nowoczesnej odsłonie. W karcie znajdziemy krakowskiego obwarzanka, zupę rakową inspirowaną przepisem z 1897 roku, czy miodownik małopolski. Trudno było podjąć decyzję, jednak biała zupa rybna z sandaczem i warzywami korzennymi (24 zł) okazała się trafionym wyborem: słodkawa i aksamitna, z wyraźnym grzybowym aromatem, świeżą pietruszką oraz zwartym i intensywnym w smaku sandaczem. Filety matjasa marynowane w oliwie z rozmarynem i podawane na blinach (22 zł) były jedynie poprawne. W tego typu restauracji czegoś więcej spodziewałabym się też po czekadełku (zwyczajny chleb z masłem).

Polędwica z dorsza (44 zł) w Miodovej podawana jest z kaszą jaglaną na wzór risotto z dodatkiem papryki oraz w towarzystwie (bo “sałatką” trudno to jednak nazwać) świeżych ziół. Cieszy wykorzystanie niedocenianej kaszy, które w tym daniu wyszło wystarczająco ciekawie, a pokaźny kawałek ryby z chrupiącą skórką i delikatną teksturą był bardzo udany.

Pierś z kaczki węgierskiej (48 zł) okazała się najlepszą częścią tego obiadu – różowiutka w środku, cudnie miękka i soczysta – ot, doskonała. Sos z palonego masła i wina świetnie podkreślał mięso, minus należy się jednak koprowi włoskiemu i pieczonemu porowi, bo były niemal surowe. Jako dodatek wybrałam polecone przez kelnerkę leniwe kluski z masłem i dymką (8 zł). Po doliczeniu jednego deseru na spółę – całkiem smacznego, wilgotnego ciasta czekoladowego z kremem z bitej śmietany i genialnym solonym sosem karmelowym (22 zł) – rachunek na dwie osoby wyniósł blisko 200 zł, co już chyba może zaliczać Miodovą do restauracji na znacznie rzadszą okazję niż zwykły weekendowy obiad.

Faktem jest, że wyszliśmy bardzo najedzeni i zrelaksowani miłą atmosferą. Jedzenie zasadniczo nie zawiodło, a obsługa również dała radę. Liczę, że szef kuchni jeszcze zaskoczy, bo mimo wszystko miałam lekki niedosyt i choć wyszliśmy zadowoleni, fajerwerków nie było. Miodova ma jednak potencjał, by być jedną z najlepszych reprezentantek polskiej kuchni w mieście – oby jej się to udało.  

Szef kuchni: Mateusz Turaj
Plus: poprawna obsługa, smaczna kuchnia, bardzo ładne wnętrze.
Minus: pretensjonalna nazwa, stosunkowo wysokie ceny, długi czas oczekiwania na dania.
Adres: ul. Szeroka 3 | mapa | FB | www
Polecam: miłośnikom polskiej kuchni, na randkę, turystom.
Średnia ocena: 4,25 na 5.     Jedzenie – 4/5     Obsługa – 4.5/5    Wnętrze – 5/5      Ceny – 3.5/5






Bądź na bieżąco:

12 lutego 2015

Bistro 11 (Kraków)


To jedno z nowych miejsc w Krakowie, które zwróciło moją uwagę ciekawie zapowiadającym się menu i bardzo przemyślanym projektem wnętrza. Okazało się, że to niewielka restauracja, może na dwudziestu kilku gości, przed niewtajemniczonymi dość dobrze ukryta w podwórku przy ulicy Rakowickiej. Skłamię, jeśli napiszę, że nie miałam wysokich oczekiwań. Jak więc spisało się Bistro 11?

To był mroźny wieczór, więc z przyjemnością skryliśmy się w ciepłym wnętrzu restauracji, w której, o mało co, nie mielibyśmy gdzie usiąść. Mimo że był to środek tygodnia, parę stolików było już zajętych, a na innych stały tabliczki z rezerwacją. Sympatyczna, ale dość zagoniona kelnerka sprawiała wrażenie lekko zestresowanej i trudno się dziwić  nie dość, że była jedyna na sali, to pracowała pod czujnym okiem (prawdopodobnie) właściciela, stojącego przy maleńkim barze i mającego świetny punkt widokowy zarówno na gości, jak i na kuchnię. 

Nad kartą (która już swoje przeszła) długo siedziałam niezdecydowana, choć dwie sałatki, trzy przystawki i dziewięć dań głównych to nie jest dużo (są też propozycje śniadaniowe). Każdy z opisów, choć prosty i konkretny, miał w sobie coś kuszącego.

W ramach czekadełka dostaliśmy smaczną pastę z kaszy jaglanej i suszonych pomidorów z wypiekanym na miejscu pieczywem. Niedługo potem na stole pojawiły się przystawki: cieniutko pokrojony, kruchy rostbef z jajkiem w koszulce, chrupiącą rukolą oraz sosem holenderskim z lekko wyczuwalnym aromatem musztardy (17 zł), a także łosoś macerowany podany z puszystym blinem pszennym, musem z pieczonego buraka i pudrem z sera koziego (19 zł). Przy tym ostatnim wykorzystano więc połączenie smaków powszechnie znane i  sprawdzone, jednak w tej przystawce to tekstury wiodły prym, a łosoś sam w sobie miał taką kruchość i delikatność, że odjęło mi mowę. Był doskonały. 

Pierogi z cielęciną z musem z porów i podgrzybkami smażonymi na maśle (19 zł) zaczarowały smacznym, aromatycznym nadzieniem, a mus dodawał daniu świeżości i równowagi. Jedynym minusem okazało się nieco za cienkie ciasto lub po prostu to, że były zbyt długo gotowane, przez co pierożki łatwo się rozpadały. Łosoś z pesto z purée cytrynowym i pieczonymi pomidorkami (29 zł) był przygotowany  absolutnie w punkt, oceniając jednak danie całościowo, pod względem smaków było ono zbyt banalne, bo cytrusowe nuty gdzieś się w nim zgubiły.

Niczego nie brakowało brownie z burakiem z emulsją waniliowo-kokosową (12 zł), ale zapadający w pamięć deser to kompozycja (wręcz nieco za dużej) porcji śliwek duszonych w czerwonym winie (12 zł) z dodatkiem kandyzowanej pomarańczy i fantastyczną korzenną nutą piernikowej posypki. Na koniec w prezencie dostaliśmy papierową torebkę z dwoma ciastkami owsianymi  zabraliśmy je do domu, bo nie byliśmy w stanie zmieścić już nic więcej.

Wybierając się do Bistro 11, po cichu bardzo liczyłam na to, że zastanę to, co zastałam. Przyjazny lokal z otwartą kuchnią w nowoczesnym i przytulnym wnętrzu, w którym można dobrze zjeść (momentami wręcz bardzo dobrze) za bardzo rozsądne, uczciwe pieniądze. Naprawdę wciąż za mało mamy takich miejsc w tym mieście. Brawo!

Plus: ładne wnętrze, fajny klimat, smaczne jedzenie, uczciwe ceny.
Minus: dość ciasno ustawione stoliki, tylko jedna osoba obsługująca salę?
Adres: ul. Rakowicka 11 | mapa | FB | www
Polecam: na lunch, na spotkanie z przyjaciółmi, na posiłek w pojedynkę i w parze, po prostu.
Średnia ocena: 4,5 na 5.     Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 5/5





 Bądź na bieżąco:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...