21 lipca 2015

Gruzja: Tbilisi, Telavi, Kazbegi, Kutaisi - część II


To druga część mojej relacji z wyjazdu do Gruzji. Pierwszą przeczytacie tutaj.


Kazbegi (Stepancminda)


Następny przystanek – góry. Według pierwotnego planu w ogóle nie mieliśmy jechać w te rejony, ale po zarezerwowaniu noclegu w Telavi przypadkiem rzucił mi się w oczy cudowny hotel w Kazbegi, od którego wprost nie mogłam oderwać wzroku, i zdecydowaliśmy się na trzy dni luksusu wśród gruzińskich szczytów zamiast zwiedzania podświetlonego na wszystkie kolory tęczy nadmorskiego Batumi. Nie żałowałam ani chwili, bo Kazbegi to miejsce jak z bajki.





Rooms Hotel (V. Gorgasali Street 1) leży w niepozornym, małym miasteczku Stepancminda (kiedyś o nazwie Kazbegi). Przemierzając górskie drogi na wysokości kilku tysięcy metrów, zwinnie omijając wielkie stada owiec i krów, ma się trochę wrażenie, że zmierza się ku końcu świata i że dalej już nic nie ma (a jest – granica z Rosją). W samej wiosce nie ma wiele do zobaczenia, ale warto wybrać się do prawosławnego klasztoru Cminda Sameba z XIV wieku, położonego na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów – koniecznie jeepem i najlepiej z kierowcą. I nie – tak jak my – tuż po obfitej ulewie, gdy wąska górska droga zmienia się w błotne koleiny, a autem wywraca na wszystkie strony. Gdy się to już jakoś przeżyje, widoki są nie z tej ziemi.






W hotelowej restauracji warto spróbować narodowych specjałów: deska pkhali, czyli pasty ze szpinaku, czosnku i orzechów (13 lari), gruzińskiej sałatki z kolendrowym pesto i pachnącymi pomidorami (9 lari), mtsvadi – grillowanych kawałków marynowanej wieprzowiny (13 lari), sezonowanego steku wołowego z Kachetii (25 lari), aromatycznego adżapsandali (12 lari), kremu z pomidorów (9 lari) czy pstrąga z pesto z orzechów włoskich (17 lari). W hotelu serwowane są też świetne śniadania (do 12:00!), tak jak w Tbilisi, i choć w Kazbegi nie ma granoli, jest moja ulubiona pasta serowo-miętowa nadughi i mnóstwo innych frykasów zaprezentowanych z największą starannością.















Sam hotel urządzony jest w niezwykłym, designerskim stylu, z wykorzystaniem pięknego, naturalnego drewna. Widoki zapierają dech w piersiach – aż trudno uwierzyć, że takie miejsce istnieje naprawdę! Gigantyczny, pięciotysięczny Kazbek, przy którym klasztor Cminda Sameba wygląda jak domek z Monopoly, chmury osiadające w dolinie, potężne góry otaczające hotel ze wszystkich stron, doliny widoczne w oddali i niesamowite kolory całego tego krajobrazu, zmieniające się w zależności od pogody i pory dnia. Raj!











Kutaisi


Z Kazbegi to Kutaisi dzieliło nas ponad pięć godzin drogi. Znowu przyjechaliśmy wymęczeni i głodni, więc skusiliśmy się na chaczapui adżarskie w jakiejś zupełnie przypadkowej knajpie – to charakterystyczny wypiek w kształcie łódki, podawany na ciepło, z masłem i jajkiem na wierzchu. Kolejny posiłek był już bardziej przemyślany – w restauracji Palaty (Pushkini Street II) niedaleko Białego Mostu. Jest to jeden z najlepszych lokali w Kutaisi, prowadzony przez Gruzinów pochodzących z prowincji Lechkhumi, serwujący zarówno dania gruzińske, jak i międzynarodowe. Usiedliśmy w pierwszej, kameralnej salce, ale Palaty może pomieścić sporo gości, szczególnie podczas wieczorów z muzyką na żywo. Koniecznie trzeba spróbować tam fenomenalnej sałatki na ciepło z cielęciną z sosem estragonowym (13,20 lari) i ojakhuri (11 lari), czyli pieczonej wieprzowiny z ziemniakami. Fantastyczne smaki!





Niedaleko tej restauracji, przy jednej z głównych ulic miasta (Zakharia Paliashvili), znajduje się targowisko, które powinno znaleźć się na liście każdego, kto odwiedza Kutaisi. Można podziwiać tam kolorowe stoiska z piramidami warzyw i gigantycznymi pękami świeżych ziół, zaopatrzyć się w sery, nasiona czy pachnące przyprawy, spróbować tamtejszych owoców, a także zakupić gruzińskie „snickersy”, czyli czurczchele. :) To zazwyczaj orzechy włoskie lub laskowe obtoczone masą z mąki i skoncentrowanego soku z winogron (czasem z dodatkiem cukru). Nie są wcale słodkie i stanowią fajną przekąskę. Sprzedawane są też całe „płachty” z takiego wysuszonego soku, także z granatu, brzoskwini i innych owoców, które po prostu urywa się i gryzie lub pozostawia do rozpuszczenia w ustach. Czurczchela świetnie się sprawdzi jako prezent z Gruzji dla bliskich.











W Kutaisi jest jeszcze jedna godna polecenia i jednocześnie niedroga restauracja, tłumnie odwiedzana przez lokalnych mieszkańców: Baraqa (Tamar Mepe 7). Zjecie tam doskonałe kubdari, danie ze Swanetii, które jest specjalnością tego miejsca: okrągły smażony placek pszenny wypełniony aromatycznym, fantastycznie doprawionym mięsem. Niestety nie pamiętam już, ile kosztował, ale była to śmieszna cena, a kubdari jest niezwykle sycące (może nawet wystarczy jedno na dwie osoby), tak że polecam – dobre zakończenie wakacji przed wylotem do Katowic.



Gruzja to ogromny i bardzo zróżnicowany kraj. Żałuję, że nie udało się zwiedzić wszystkiego, co początkowo planowałam, ale dzięki temu jest okazja, by tam jeszcze wrócić. Przywiozłam do Polski najlepsze wspomnienia: przemiłych ludzi, smacznej kuchni, smaku warzyw, owoców i wina oraz cudownych, bajkowych wręcz krajobrazów. A czym was zachwycił ten kraj? :)

- - - 

Pamiętajcie, że na Instagramie na bieżąco relacjonuję moje podróże:
Bądź na bieżąco:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...