12 maja 2015

Sycylia: Erice, Sciacca, Licata, Mazara del Vallo, Trapani


Sycylia – jak zaplanować zaledwie trzydniowy pobyt, by zobaczyć (i zjeść) jak najwięcej? Nie było to łatwe zadanie, ale na szczęście skrzętnie przygotowany, intensywny plan wypalił w stu procentach. Wylądowaliśmy w Trapani, więc ograniczani przez czas musieliśmy trzymać się południowo-zachodniego wybrzeża, niezależnie od tego, jak bardzo kusiły malownicze krajobrazy i urokliwe miasteczka po drugiej stronie wyspy. Zdecydowaliśmy się na odkrywanie tej być może nieco mniej atrakcyjnej części Sycylii także dlatego, że punktem wyjścia była La Madia** i to tak naprawdę wokół niej wykształcił się cały plan podróży. Nie żałuję ani trochę. 

Zapraszam na wycieczkę po pięknej Sycylii. :) 


Erice 


Prosto z lotniska ruszyliśmy do Erice. To maleńkie średniowieczne miasteczko położone na wysokości 750 metrów, skąd rozpościerają się fenomenalne widoki na Trapani, Wyspy Egadzkie i Monte Cofano. W ciągu dnia tłoczą się tam turyści, ale niewielu z nich zostaje na miejscu na noc (szczególnie w kwietniu). My zostaliśmy. W nocy Erice spowiła ciemność i cisza, miasteczko wydawało się wręcz opustoszałe. 


Polecam wstać wcześnie rano i pospacerować przy pierwszych promieniach słońca wśród kamiennej architektury, a na śniadanie wstąpić do baru del Balio (Vico Balio). W tym malowniczym zakątku z przepięknym panoramicznym widokiem espresso, arancini, kanapki z mozzarellą i prosciutto crudo oraz z tuńczykiem i pomidorami smakują naprawdę wyjątkowo. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego miejsca na śniadanie na Sycylii. Jestem pewna, że te widoki będą też dobrze współgrać z zachodem słońca, sycylijskimi antipasti i lampką wina. 









W Erice jest jeszcze jeden adres, którego nie wolno pominąć – Pasticceria Grammatico (Via Vittorio Emanuele 14). Choć z witryn tej tradycyjnej cukierni kuszą dziesiątki ciast, ciastek, tart i innych słodkości, należy tam wstąpić przede wszystkim po sławne genovesi (€1,20). To okrągłe, lekko wybrzuszone na środku kruche ciasto sowicie oprószone cukrem pudrem skrywające aksamitny krem budyniowy z nutą cytryny. Nie mogliśmy się im oprzeć do tego stopnia, że na drugi dzień rano kupiliśmy kilka na dalszą drogę. 











A co z kolacją? Restaurację Osteria di Venere (Via Roma 6) polecił nam właściciel pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy, zapewniając, że to najlepsze miejsce na posiłek w Erice. Ten adres miałam zapisany od dawna, więc jego słowa tylko potwierdziły nasz wybór. W środku, oprócz amerykańskiej pary turystów, jedli sami miejscowi. Wnętrze jest dość zakurzone, pełne niepotrzebnych bibelotów, menu tylko po włosku, a w rogu głośno gra telewizor, ale nie ma się co zniechęcać, bo możecie zjeść tam naprawdę świetny makaron busiate, charakterystyczny dla tego regionu. Spróbowaliśmy czterech dań – dwóch za dużo. Wiem, że na Sycylii trudno się powstrzymać, ale nie popełniajcie tego samego błędu, bo porcje w Osteria di Venere są naprawdę konkretne. Wszystkie dania były świeże i aromatyczne: domowej roboty makaron caserecce alla siciliana (€9) z pomidorami, bakłażanem i ricottą, busiate al pesto ericino (€9) z pomidorkami, bazylią i czosnkiem, fantastyczne ravioli all’uovo di tonno (€13) oraz stek z miecznika (€13). 





Sciacca 


Na drugi dzień, po przygodach z wypożyczeniem samochodu w Trapani i odmówieniu pierwszych modlitw na widok sycylijskich kierowców, ruszyliśmy w kierunku Licaty, po drodze zatrzymując się w miejscowości o nazwie Sciacca. To niewielkie portowe miasteczko wzbudziło u mnie mieszane uczucia, jeśli jednak, tak jak my, będziecie musieli zatrzymać się gdzieś na obiad w trasie, to warto to zrobić właśnie tam. 





Miałam na oku bardzo dobrze zapowiadającą się restaurację z owocami morza tuż przy porcie (Trattoria Al Faro, Via Al Porto 25), niestety w godzinach lunchu była pełna miejscowych. Do środka dosłownie nie dało się już włożyć szpilki, a nie chcieliśmy tracić czasu na czekaniu na stolik, tym bardziej, że według kelnera nie mieliśmy na niego szans przez najbliższą godzinę. Plan B – Trattoria La Vecchia Conza (Via Gerardi 39) – spisał się świetnie, a potwierdzeniem, że dobrze trafiliśmy, miało być kilka lokalnych radiowozów przed restauracją i ucztujący ze smakiem policjanci w środku. Jedliśmy spaghetti con vongole (€10; oliwa, pietruszka, czosnek, białe wino – ot, perfekcja), spaghetti al nero di seppia z czosnkiem i oliwą (€10) oraz grillowane krewetki (€15). 







Licata 


Do Licaty dotarliśmy pod wieczór, dwie godziny przed zaplanowaną od kilku miesięcy kolacją. Moją relację z wizyty w najlepszej restauracji na Sycylii przeczytacie tutaj.



Torre Salsa 


W drodze powrotnej warto było zahaczyć o rezerwat przyrody Torre Salsa – znajduje się tam piękna, długa, piaszczysta plaża, a droga do niej prowadząca jest doprawdy malownicza. W ramach przekąski zajadałam się tam kupionym na pierwszej lepszej stacji benzynowej "calzone" z włoską kiełbasą, a w drodze do Mazara del Vallo za grosze kupiłam kilka pomarańczy przy drodze, wprost z pomarańczowego gaju. Cały samochód nimi pachniał! 





Mazara del Vallo 


W Mazara del Vallo okazało się, że pomarańcze obficie rosną na przykład przy... głównej ulicy. Okazało się też, że jazda z GPS-em aż do celu nie zawsze jest najlepszym pomysłem – niemal utknęliśmy w beznadziejnie wąskich uliczkach starego miasta i do dziś nie wiem, jak udało nam się stamtąd wydostać. Celem była restauracja Eyem Zemen (Via Porta Palermo 36), gdzie Fatiha serwuje swoje tunezyjskie specjały. Tam właśnie jadłam najlepszy kuskus w życiu – próbowaliśmy mięsnego (€8,50) i rybnego (€7,50), oba cudownie aromatyczne, na długo pozostawiające w ustach ten fantastyczny smak orientalnych przypraw, a kuskus sam w sobie był cudnie lekki i idealnie sypki. Na przystawkę polecam skosztować brik al gambero (€2), czyli ciasta filo wypełnionego farszem z jajek, krewetek, ziemniaków i aromatycznych przypraw. Całość dopełni tunezyjski deser podawany z intensywnie miętową herbatą (€3,50). Dość niskie ceny, miła obsługa, intrygująca kuchnia – chętnie bym tam wróciła, gdyby znów nadarzyła się okazja.













Trapani 


W Trapani na dobrą sprawę zostało nam tylko kilka godzin na zwiedzanie. Dotarliśmy tam już bardzo zmęczeni i gdy zobaczyliśmy nasz uroczy, przytulny pokój w I Colori del Vento (jeden z najlepszych B&B w jakich miałam okazję nocować) z kapitalnym widokiem na port, przeszło mi przez myśl, żeby usiąść na balkonie z winem (które zresztą czekało na nas w pokoju) i nie ruszać się stamtąd aż do porannego wyjazdu na lotnisko. Wtedy przypomniało mi się, że przecież nie jadłam jeszcze cannolo siciliano! Co jak co, ale bez tego wyjechać nie mogłam.




Nie szukałam wcale najlepszego cannolo siciliano w Trapani, po prostu zatrzymałam się w pierwszym lepszym miejscu, gdzie wypełniano go nadzieniem dopiero przy zamówieniu (w przeciwnym razie rurka może nasiąknąć kremem). Uczciwie przyznam, że padło na prawdziwe turystyczne epicentrum, kawiarnię Ra' Nova (Via Giuseppe Garibaldi 18). Nie dość, że cannolo był ogromny (naprawdę ogromny), to ten aksamitny krem z ricotty w doskonale chrupiącym ciastku smakował niebiańsko!
Ślinka mi leci na samo wspomnienie. Dają gdzieś takie w Krakowie? 



Deser zjedzony? Czas na kolację. (Gdzieś po drodze dorwałam jeszcze cytrynową granitę). Ten adres zostawiłam sobie na koniec: Pizzeria Calvino (Via Nunzio Nasi 71). Podobno najlepsza pizza w Trapani, a na pewno najstarsza – działa od 1946 roku. W środku tłumy, fotoreporterzy i blogerzy z długimi obiektywami, biegający kelnerzy, zamieszanie i ciasnota, a w tym wszystkim pan Calvino ze stoickim spokojem spisuje zamówienia, liczy pieniądze i poddaje skrupulatnym oględzinom każdą pizzę, która wychodzi z pieca (były takie, które nie zostały wydane klientom). W głębi są jakieś maleńkie salki ze stolikami (podobno kiedyś był to dom schadzek), bez rezerwacji jednak nie ma co marzyć o krześle, a i tak najlepiej patrzeć na to widowisko z pierwszego rzędu. Pizze docierają po bardzo długim czasie, mimo że do pieca ładowanych jest ich sporo.




Zamówiliśmy mista calvino, czyli połówka rianata (anchois, pomidory, ser pecorino, czosnek, pietruszka, oregano, oliwa) i pół trapanese (anchois, pomidory, mozzarella, pietruszka, oregano) (średnia, €8), a także pizzę parma z pomidorami, mozzarellą, prosciutto crudo i parmezanem (średnia, €9,75). Powiem tak: jestem fanką pizzy na cienkim cieście, a pizza sycylijska jest jej przeciwieństwem. Trochę niepotrzebnie zapychające ciasto (za to u Calvino bardzo, ale to bardzo smaczne) i obfita ilość składników spowodowały, że nie byliśmy w stanie… jej dokończyć. Z przyjemnością jednak smakowaliśmy wszystkich dodatków – tych pachnących słońcem pomidorów, świeżej pietruszki, aromatycznego oregano, dobrej oliwy czy doskonałego prosciutto crudo. Choć daleko jej do mojego osobistego rankingu, to właśnie jakość tych składników czyniła pizzę u Calvino niezapomnianą. 








Wciąż głodny włoskich wspomnień? Przeczytaj moją relację z Rzymu.
Zapraszam też na Instagram, gdzie na bieżąco relacjonuję moje podróże.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...