29 września 2014

Relacja: Wycieczka do Amsterdamu


Amsterdam to kulinarny raj. I wcale nie mam tu na myśli prostej holenderskiej kuchni, bo jej tradycyjna wersja okazała się nudna, ciężka i zupełnie bez wyrazu. Spacerując w centrum starego miasta, na przykład ulicą Zeedijk, można odnieść wrażenie, że otaczają nas wszystkie kuchnie świata. Obok niewielkich chińskich, wietnamskich czy tajskich knajpek, znajdziemy restaurację portugalską i włoską, zaraz obok brazylijską, by kilka metrów dalej odkryć przysmaki prosto z Malezji, Japonii czy… z francuskiej piekarni.

I tak wygląda cały Amsterdam. Niezwykła różnorodność, wieloetniczność, prawdziwy misz-masz kulturowy i kulinarny. Przez względy historyczne i wpływy różnych kuchni, czasem trudno się połapać, czy to, co mamy na talerzu, to bardziej danie holenderskie, czy właściwie indonezyjskie? Na początku owa mieszanka trochę mnie zniechęciła, ale gdy rzuciłam się w wir tej wielonarodowości, zaczęła mnie fascynować.


Podczas przygotowań do wyjazdu, przy tworzeniu listy restauracji wartych odwiedzenia, wiedziałam już, że nie będzie łatwo podjąć decyzji. Bo oprócz  kuchni bardzo egzotycznych, chciałam wybrać się też do nowoczesnych, niesztampowych lokali i spróbować czegoś spod rąk holenderskich szefów kuchni. Choć wiele ciekawych projektów zwróciło moją uwagę, ostatecznie nie do wszystkich dotarłam. Na przykład szalenie ciekawa restauracja Instock, która codziennie za 20 euro serwuje trzydaniowe menu składające się z resztek napotkanych w supermarketach, będzie musiała poczekać na kolejną wizytę. Tak jak przepiękna De Kas w wysokiej na osiem metrów szklarni, czy tajemniczy klub Door 74, do którego adres dostaje się podobno dopiero po esemesowej rezerwacji. Z mojego restauracyjnego szlaku byłam jednak bardzo zadowolona, bo był niezwykle różnorodny.

Zapraszam zatem na kulinarny spacer po kolejnym europejskim mieście!






Pierwszy posiłek w Amsterdamie miałam okazję zjeść na wspomnianej już ulicy Zeedijk, w Chinatown, w lokalu, który niedawno został ogłoszony najlepszą chińską restauracją w Holandii – Nam Kee (Zeedijk 111-113). W środku jest dość strasznie, bo w takich miejscach nikt nie przejmuje się wystrojem. Gdy tylko wzięłam do ust sławne ostrygi (€5,60), specjalność Nam Kee (wystąpiły nawet w filmie), także i mi wszystko było już obojętne, łącznie z mieniącym się na srebrno stołem i totalnym brakiem uśmiechu kelnerów, którzy byli zdecydowanie mniej mili dla „nietamtejszych”. Myślałam, że najlepsze ostrygi jadłam w Portugalii, ale myliłam się! Absolutny smakowy odlot – gotowane na parze, w intensywnym, słodko-słonym sosie z czarnej fasoli posypane były kontrastującą dymką i skradły moje serce. Aż żałowałam, że nie postawiłam po prostu na duży talerz tych pyszności, zamiast kolejnych dań. Te nie były jednak złe – tradycyjna kaczka po pekińsku, która wisi „na wystawie” przy ulicy, była świetnie upieczona (€9), sajgonki z kurczakiem (€3) – zupełnie inne niż gdziekolwiek indziej, chrupiące, pełne smaku i bez kropli oleju, no i zupa Wan Tan (€9) na aromatycznym wywarze w ilości nie do przejedzenia. Nam Kee to świetne miejsce na autentyczny, stosunkowo tani i bardzo smaczny posiłek w mieście.




Do istniejącej od 1870 roku Brasserie de Poort poszliśmy w nadziei na spróbowanie prawdziwej holenderskiej kuchni. Wybrałam to miejsce kierując się znalezionymi w Internecie opiniami, ale też dlatego, że jako jedno z niewielu oferuje porcje degustacyjne. To tam właśnie odkryłam, że żadne holenderskie danie raczej nie trafi na moją listę ulubionych potraw. Choć jedzenie było poprawne i bardzo sycące, niczym mnie nie urzekło. Zamówiłam gęsty krem z grochu (ertwensoep, snert) z żytnim chlebem i wędzonym boczkiem (porcja degustacyjna €3), hutspot (deg. €7), czyli utłuczone ziemniaki, cebula i marchewka z gotowaną wołowiną i boczkiem oraz stamppot (deg. €7) z żółtą rzepą i ziemniakami z filetem z łupacza. Mój towarzysz skusił się na world famous numbered steak za najgorzej wydane 29,50 euro w Amsterdamie. Nie warto. Lepiej się przejść do krakowskiego Ed Reda (choć pomysł numerowania wydawanych od lat steków jest dość zabawny; ten kto trafi na numer z dwoma zerami na końcu, dostaje gratis butelkę wina do obiadu).




Amsterdam jest naprawdę ładnym miastem. Piękna architektura, urocze uliczki i wszechobecne kanały, wzdłuż których wyrastają zachęcające do wejścia kafejki, lunchbary i restauracje. Moim ulubionym lokalem stała się kawiarnia Café Het Paleis na rogu Paleisstraat i Singel. To idealne miejsce na obserwowanie przejeżdżających rowerzystów (na których naprawdę trzeba uważać), złapanie ciepłych promieni słońca i odpoczynek przed dalszym zwiedzaniem. Musicie spróbować fenomenalnej tarty jabłkowej (appelgebak), a jeśli dzień będzie chłodny, napijcie się też miętowo-imbirowego naparu, który – mam wrażenie – jest ulubionym napojem mieszkańców tego miasta. W Café Het Paleis obsługa jest przemiła, jedzenie smaczne, a atmosfera bardzo domowa.








Na kawę warto wstąpić do Cafe Restaurant De Jaren (cappuccino €2,60) przy Nieuwe Doelenstraat 20-22. Ma świetne, rozległe tarasy tuż nad wodą, z których w spokoju można podziwiać architekturę miasta i leniwie przepływające po kanale łodzie. Jeśli chodzi o coś słodkiego, jest jeden adres, którego nie wolno pominąć – Bakkerij van der Linde (Nieuwendijk 183). Mikroskopijna cukiernia, gdzie koniecznie trzeba spróbować sławnych, niewyobrażalnie kremowych lodów z bitej śmietany (€1). Jeśli najdzie was ochota na zakupy, po sery, tradycyjne kanapki ze śledziem, owoce morza z foodtrucka, wietnamski street food czy „ziemniaki na patyku” można wybrać się na Dappermarket (Dapperstraat 279), gdzie pomiędzy owocami, warzywami, butami, porozwieszanymi wszędzie stanikami i sukienkami… można zaopatrzyć się w smaczne kulinarne zdobycze.







Drugiego dnia na lunch wybraliśmy się do jednego z tych miejsc, gdzie zarezerwowany stolik czekał na nas już od kilku dni. Dosłownie rzut beretem od stacji Centraal znajduje się restauracja sławnego izraelskiego szefa Moshika Rotha &Samhoud places (Oosterdokskade 5). Tuż pod swoją dwugwiazdkową restauracją otworzył on drugi lokal o tej samej nazwie, lecz z dopiskiem „Street Food Restaurant”. Można powiedzieć, że jest to gotowanie na miarę dwóch gwiazdek Michelin, ale za to w znacznie przyjemniejszych cenach i bardziej przystępnej formie. Nie mogłam nie skorzystać i dobrze zrobiłam, bo obiad w tej restauracji zapamiętam jako jedno z najlepszych kulinarnych przeżyć w Holandii.




Przystawka: Sam (€16) – położone na liściach sałaty kawałki kurczaka i ostrygi, kimchi i imbir, sos sojowy i ultracienkie płatki rzodkiewki. Zwijało się to za pomocą dłoni i wkładało do ust, gdzie eksplodowało intensywnymi, fantastycznie wyważonymi smakami. Oba dania główne były równie doskonałe. Jerusalem Delight, czyli pita, hummus, tahini, tabouleh, baba ganoush i kalafior (w wersji z kebabem €18) i Memories of Jakarta (€18)  – satay z kurczaka, chrupki (krupuk), ogórek, podane na ciepło duże kawałki soczystego ananasa, ryż no i fenomenalny, kremowy sos z orzeszków ziemnych. To niewiarygodne miejsce do spróbowania światowego street foodu na zupełnie innym poziomie smaku!



Na tym jednak nie koniec. Miałam w planach jeszcze bardziej ciekawe i egzotyczne adresy, na przykład tanie restauracje afrykańskie czy te serwujące kuchnię indonezyjską, której jeszcze nigdy nie miałam okazji spróbować. Ostatecznie padło na Warung Spang Makadra (Gerard Doustraat 39), która od 1978 roku specjalizuje się w kuchni Surinamu (a właściwie grupy etnicznej „Javanese Surinamese”, czyli z dużymi wpływami kuchni indonezyjskiej). Jedzenie tam jest śmiesznie tanie (ok. €6), są ogromne kolejki i duży ścisk. Cały posiłek jadłam wciśnięta między dwie osoby z pobliskich stolików, co dość mocno utrudniało robienie zdjęć, ale za to atmosfera była niezapomniana.


Warto skosztować gęstego różowego napoju (niestety nie pamiętam jak się nazywa), który wyglądał (i nawet trochę pachniał) jak mydlany shake. Sajgonki (i sos do nich) to zupełnie inna historia niż z polskich chińskich barów (€1,75) a saoto soup to rozgrzewający i sycący bulion z warzywami i jajkiem (€3,50). Koniecznie zamówcie roti z kurczakiem (roti with chicken bone, €6,50) w doskonałych, gęstym sosie, podawany z jajkiem, ziemniakami, zieloną fasolką i sałatką, ale dla tych, którzy chcą przeżyć prawdziwą ucztę, sprawdzi się spang makandra special (€10) – smażony ryż, makaron, satay z kurczaka w sosie z orzeszków ziemnych, fasolka, jajko sadzone, ziemniaki, chipsy i inne rzeczy, których nie byłam w stanie zapamiętać… Plusem jest jakość jedzenia, ciekawe smaki, duże porcje i niska cena, minusem – Warung Spang Makadra nie leży (nie)stety w pobliżu turystycznych szlaków.


Trudno wyjechać z Amsterdamu bez zjedzenia naleśników. Pannenkoekenhuis Upstairs (Grimburgwal 2) jest chyba najlepszym miejscem do zaliczenia tego punktu z listy, choć to nie naleśniki – skądinąd bardzo smaczne – są największą atrakcją tego uroczego lokaliku. Po wspięciu się po jakichś dwudziestu paru wąskich i stromych schodach na pierwsze piętro niedużej kamienicy, znajdziecie tam tylko cztery niewielkie stoliki i setki zwisających z sufitu imbryczków. Naleśniki są dość drogie (€6-9,50), ale za to potężne. Polecam spróbować tego z bekonem, jabłkami i syropem (stroop). Odjazd!



W ostatni wieczór wybraliśmy się do restauracji BAK (Van Diemenstraat 408) na zupełnie inną kulinarną wycieczkę, której byłam najbardziej ciekawa ze wszystkich zaplanowanych do tej pory. BAK od razu mnie zaintrygował – wyjątkowo zaprezentowane holenderskie produkty i nutka tajemniczości – menu zmienia się co tydzień, a gość ma do wyboru jedynie liczbę dań do degustacji, od czterech do sześciu. To, co zostanie podane, jest niespodzianką.




Restauracja ma jedno z najpiękniejszych wnętrz jakie widziałam. Znajduje się na trzecim piętrze w starym budynku z niesamowitym widokiem na pobliską przystań. Jeśli ma się szczęście, można dostać stolik przy otwartych na oścież oknach balkonowych i podziwiać stamtąd zachód słońca i milion maleńkich światełek migoczących na statkach, łodziach i barkach. W sali dominuje piękne, ciemne drewno, które w połączeniu ze śnieżnobiałymi ścianami i zawieszonymi zyzgzakiem pod sufitem lampkami daje jednocześnie elegancki i kameralny efekt. Tuż przy wejściu znajduje się stół z bochenkami chleba i bagietkami, do którego podchodzą co jakiś czas kelnerzy, by pokroić je dla gości. Obsługa jest fantastyczna – dość nieformalna, ale niezwykle sympatyczna, otwarta i profesjonalna. Rzadko kiedy w krakowskich restauracjach można spotkać takie zaangażowanie kelnerów w ich ciężką pracę. W BAKu gość czuje, że jest najważniejszy. 

Skusiliśmy się na zestaw degustacyjny składający się z pięciu dań (€40,50). Wszystkie były atrakcyjnie podane i miały w sobie niezwykłą świeżość. Najbardziej zachwyciła mnie najpiękniejsza przystawka – chrupka cukinia zestawiona z miękkim, wybornym musem pistacjowym, z dyniową nutą, przyozdobiona kwiatami dalii i ogórecznika. Jeleń w towarzystwie sfermentowanych orzechów włoskich i rzodkiewki był nie mniej fascynujący, a totalną niespodzianką okazał się deser – początkowo nie mogłam wziąć do ust śmietany z palonym sianem, wręcz mnie odrzucała, ale z przesłodkimi lodami truskawkowymi, pyszną kruszonką i kawałkami truskawek tworzyła zaskakującą, fenomenalną kompozycję. Podaną na sam koniec w ramach poczęstunku konfiturę z wiśni najchętniej zabrałabym w ilościach hurtowych do Polski. BAK to cudowne miejsce!

Rukiew wodna, cukinia, mus z dyni, jadalne kwiaty
(dalia i ogórecznik), mus pistacjowy
Bakłażan, krem z bazylii, pomidory, liść nasturcji // Żabnica, burak z restauracyjnego ogrodu,
kapary z czarnego bzu, sos hollandaise z kwiatem dzikiego bzu
Jeleń, rzodkiewka, sfermentowane orzechy włoskie

Śmietana z palonym masłem, lody truskawkowe, kruszonka, truskawki



Z Amsterdamem pożegnałam się tajskimi smakami. Jedna z czytelniczek podrzuciła mi ten adres (dzięki!), a jako że byliśmy znów w pobliżu Zeedijk i mieliśmy niewiele czasu do wyjazdu na lotnisko, wstąpiliśmy na szybko do poleconej Jasmine Thai (Zeedijk 119). Jest to domowa tajska kuchnia w bardzo porządnym i niedrogim wydaniu (choć oczywiście w obskurnym wnętrzu), gdzie urzekła mnie szczególnie świetna zupa kokosowa z grzybami i kurczakiem (€5) oraz pad thai z wieprzowiną (€11,95). Moją przygodę ze stolicą Holandii rozpoczęłam i zakończyłam więc na Zeedijk, wciąż pod wielkim wrażeniem tego, jak różnorodny i bogaty kulinarnie jest Amsterdam. 



 Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

*

A tutaj przeczytasz moją kulinarną relację z Rzymu.


Kulinarna relacja znad Bałtyku (tutaj).


Kulinarna relacja z Brugii (tutaj).


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...