24 listopada 2014

Edo Fusion (Kraków)


Edo Fusion była jedną z dwudziestu siedmiu krakowskich restauracji ocenianych w ramach plebiscytu organizowanego przez Dziennik Polski, do którego, wraz z Adamem Chrząstowskim i Anną Starmach, zostałam zaproszona jako członek jury (wyniki zostaną ogłoszone w grudniu). Jak wiecie, o sąsiadującym Edo Sushi już kiedyś pisałam i od momentu recenzji wpadłam tam kilka razy na sprawdzone, świetne bento.

Tym razem, z okazji plebiscytu Smaki Krakowa miałam okazję dość dokładnie przetestować Edo Fusion. Podczas tej wizyty bardzo zasmakowało mi pikantne panang curry z kaczką, ananasem i orzeszkami ziemnymi (23 zł za małą porcję), świetne makarony, jednocześnie smażone i gotowane na parze pierożki gyoza z mięsnym i krewetkowym nadzieniem, fantastyczny batat w tempurze, a w szczególności – desery. Niedługo potem wróciłam z aparatem, by napisać recenzję.

Młodziutka obsługa kelnerska w Edo sprawia wrażenie odrobinę niepewnej i choć jest uprzejma i na ogół bardzo się stara, nie uchroniła się od drobnych wpadek. Po wejściu do środka zaproponowano nam jedyny wolny stolik w dość niewygodnym, przechodnim miejscu, by chwilę później zaproponować innym gościom kolejny „jedyny” wolny stolik w wygodnym kąciku.

Tak czy owak, miło widzieć lokal pełen gości, bo dodaje on temu wnętrzu życia; wszechobecne szarości złamane są tylko gdzieniegdzie roślinami i jasnozielonymi bieżnikami, przez co wnętrze wydaje się dość zimne. Dużym minusem w sali po prawej są stoliki postawione zdecydowanie za blisko siebie, co powoduje, że jest trochę ciasno. Interesującymi elementami  wystroju wnętrza są obrazy, szczególnie ten autorstwa Tomasza Pietrzyka oraz czarno-białe zdjęcia kobiet w japońskich strojach na tle Starego Miasta.

Znowu skusiłam się na sycącą zupę Tom Kha Gai, czyli galangalową (16 zł) na bazie mleka kokosowego z kurczakiem, fasolką, boczniakami, pędami bambusa i dymką, udekorowaną świeżą kolendrą. Była tak samo smaczna, jak ostatnio: z jednej strony delikatna, z drugiej zostawiała przyjemny, lekko ostry smak w ustach. Yaki Buta, czyli pieczone żeberka po japońsku z parzoną kapustą pekińską podane z zapiekanym purée ziemniaczanym z imbirem (32 zł), które podjadałam z przeciwległego końca stołu, były doskonałe – mięciutkie, pełne smaku i świetnie komponowały się zarówno z kapustą, jak i pomidorowo-sezamowym sosem.

Moje danie – kampungi (29 zł), klasyczna potrawa kuchni koreańskiej – miało tylko jeden minus: dodatek w postaci okropnych, niezjadliwych pikli kimchi, które nie powinny zostać wydane (Edo ma u mnie za to dużego minusa). Samo danie miało dość zaskakującą teksturę, bo dip słodko-ostro-kwaśny z sezamem oblepiał na wpół chrupiącą i na wpół namokniętą „panierkę”, którą otoczone były filety z udek kurczaka. Choć dość suche, to danie było smaczne, ale w karcie są lepsze rzeczy (jak choćby wspomniane wyżej curry czy pierożki).

Pamiętając desery z pierwszej wizyty, nie mogłam nie skusić się na crème brûlée w trzech odsłonach – Shoga, goma to matcha (19 zł). Absolutnie genialny jest ten o smaku imbirowym, ale sezamowemu (z dodatkiem czarnego sezamu) i z zielonej herbaty też nic nie brakuje. Wszystkie podane w odpowiedniej temperaturze zwieńczone ultracienką skarmelizowaną warstwą i świetnie balansujące na granicy goryczy, ostrości i słodkości. Cudo. Warte wypróbowania są też lody śmietankowe skryte w elastycznym cieście ryżowym podane z sosem wiśniowym i świeżą miętą (19 zł).

Te dwie wizyty w Edo Fusion przekonały mnie, że zasłużyła sobie na pojawienie się na liście polecanych miejsc nieprzekombinowanym, a jednocześnie aromatycznym i ciekawym gotowaniem. Wnętrze, choć wydaje się zimne, jest relaksujące i niezobowiązujące  – dobre zarówno na zwykły lunch, jak i randkę. Warto tam wpaść, jeśli macie ochotę na kuchnię azjatycką w nieco innym, oryginalnym wydaniu.

Plus: ciekawa karta – dania z różnych zakątków Azji, smaczne jedzenie, dobry stosunek cen do jakości.
Minus: nieco przestraszona obsługa, chłodne wnętrze, kimchi (!).
Adres: ul. Miodowa 8 | mapa | FB | www
Polecam: szczególnie na curry, zupy i desery; na wyjście ze znajomymi, lunch, randkę.
Średnia ocena: 4,25 na 5.        Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 4/5      Ceny – 4.5/5


 Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.


15 listopada 2014

Aubergine (Kraków)


Aubergine to jedna z dwóch nowo powstałych restauracji w pobliżu Rynku specjalizujących się w kuchni śródziemnomorskiej (tutaj recenzja drugiej). W dniu mojej wizyty przed budynkiem stał „naganiacz” (bardzo zresztą zdziwiony, że kierujemy się do promowanej przez niego restauracji zanim jeszcze zdążył zachęcić nas do wejścia) co, śmiem przypuszczać, nie przekonałoby żadnego mieszkańca Krakowa do wejścia. Czyżby nawet na tak ruchliwej Floriańskiej i przy tak dobrze widocznym z ulicy, niebrzydkim przecież lokalu potrzeba było kogoś, kto zachęci potencjalnych klientów? Albo to tymczasowa promocja, albo właśnie otwarła się w Krakowie kolejna knajpka dla turystów…

Restauracja wygląda zachęcająco i przytulnie – nieco rustykalny klimat, klimatyczne oświetlenie, wygodne beżowe kanapy, mnóstwo butelek z winem. Jest schludnie, przemyślanie i całkiem przyjemnie. Od pierwszego momentu zaskakuje obsługa – niezwykle uprzejma, cierpliwa, formalna, estetycznie ubrana i choć kelnerzy mieli kilka momentów zawahania, sprawnie z nich wybrnęli, nie popełniając żadnej gafy  – na przykład nieużyte przy przystawkach sztućce wymienili na wszelki wypadek na nowe. Trudno im cokolwiek zarzucić, a pewności siebie na pewno nabiorą z czasem.

W ramach czekadełka na stole pojawiła się pasta dnia – hummus – z paluchami chlebowymi i pitą. Oprócz tego, że hummus miał nieprzyjemny, zjełczały posmak, nie rozumiem, dlaczego serwuje się takie czekadełko, gdy goście zamawiają pikilię (17 zł), czyli zestaw past i musów, gdzie oprócz melitzanosalaty (pasty z bakłażana), pasty z suszonych pomidorów oraz htipiti (grecki dip z pieczonej czerwonej papryki i fety) był właśnie hummus oraz pita? Pita, która zresztą była bardziej focaccią – cienkim i chrupkim pieczywem, w Aubergine bardzo przeciętnym w smaku. Pozostałe pasty na szczęście okazały się zjadliwe, a najsmaczniejszą była z pewnością ta z papryki i fety – palce lizać.

Spaghetti con frutti di mare (25 zł), danie dość banalne i mało wyraziste, mogło pochwalić się fantastycznej jakości i ugotowanym w punkt makaronem, który był zdecydowanie najmocniejszym elementem tej kompozycji. Minikrewetki (nie licząc jednej większej do dekoracji), trochę niedogotowane ośmiorniczki i stosunkowo niewielkie małże nie zachwyciły. Jeśli jednak tak wygląda makaron w innych daniach, to istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że warto je będzie wypróbować następnym razem.

Coq au vin (36 zł) – kurczak zagrodowy duszony w warzywach i czerwonym winie, podawany z pieczonymi ziemniakami i sałatką (zielona i bordowa sałata z nudnym dressingiem i pomidorkami koktajlowymi) okazał się świetnym daniem od początku do końca. Doskonały soczysty kurczak w aromatycznym sosie z kawałkami marchewki, selera naciowego i ziemniaków ze skórką – porcja sycąca i na tyle satysfakcjonująca pod względem smaku, że chętnie zamówiłabym je po raz drugi.

Na koniec skusiliśmy się na dwa desery – poprawny crème brûlée z gorzką czekoladą w formie pysznych łamliwych płatków wbitych w krem i trochę za mało wyczuwalnym chilli (13 zł) oraz smaczną i intensywnie cytrynową tartę z sosem (a raczej kawałkami) mango, zwieńczoną bardzo dobrą, rozpływającą się w ustach delikatną bezą (13 zł).

W menu Aubergine znajdziemy sztandarowe dania włoskie (w tym pizze), greckie i francuskie, jest to więc kuchnia, która łatwo przypadnie do gustu każdemu. Może dlatego, przy końcu posiłku, otoczeni byliśmy wyłącznie przez obcokrajowców, którzy najwidoczniej chcieli zrobić sobie przerwę od żurku w chlebie i pierogów serwowanych im na każdym kroku. I może też dlatego podchodzę do Aubergine nieco sceptycznie – lokale z naganiaczami i pełne turystów jakoś nie wzbudzają we mnie ani zaufania, ani miłości, niezależnie od tego, jak duży wydają się mieć potencjał. No, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie. Tymczasem na coq au vin na pewno warto wpaść.

Tę recenzję napisałam dla magazynu Lounge (#66).

Plus: przyjemne wnętrze, dobra obsługa, w karcie każdy znajdzie coś dla siebie.
Minus: hummus, niedopracowane dania, lokal nastawiony raczej na turystów.
Adres: ul. Floriańska 26 | mapa | FB
Polecam: na coq au vin.
Średnia ocena:  4,13 na 5.     Jedzenie – 3.5/5     Obsługa – 4.5/5    Wnętrze – 4/5      Ceny – 4.5/5



Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...