31 sierpnia 2014

Wyjazd nad Bałtyk


Do tego wyjazdu, tak jak zwykle, chciałam się dobrze przygotować – zanotować polecane miejsca, restauracje najczęściej odwiedzane przez lokalnych mieszkańców czy te spisane w polskich przewodnikach krytyków i blogerów kulinarnych. Na liście miałam jedną perełkę, której byłam pewna, i dla której specjalnie wybrałam się do Sopotu, ale z resztą miejscowości nie miałam łatwego zadania – może szukałam zbyt krótko, ale nie znalazłam klarownych wskazówek w Sieci, dzięki którym wiedziałabym od razu, gdzie nad Bałtykiem (wyłączając Trójmiasto) można dobrze zjeść. Skorzystałam z kilku waszych propozycji i doszperałam się kilku ciekawych miejsc, niestety nie wszystkie były mi po drodze.


Podróż zaczęłam od kilku dni relaksu na totalnym odludziu w Zachodniopomorskiem, w niewielkim domku tuż przy plaży. Ja i moi towarzysze gotowaliśmy wtedy sami (bo gotowanie z widokiem na morze jest jeszcze bardziej przyjemne). Posiłki były proste, a po świeże ryby jeździliśmy (lub chodziliśmy plażą) do pobliskich miejscowości (na przykład do Chłopów), gdzie kupowaliśmy je prosto z rybackich kutrów. Wędzone halibuty, dorsze i makrele nabywaliśmy w wędzarniach powstałych kilka kroków od przystani rybackiej. W chłodne wieczory grillowaliśmy ryby w ogrodzie przy szumie fal, rozgrzewaliśmy się czerwonym winem czy naparem z imbiru i jakoś polska kapryśna pogoda wcale nam nie przeszkadzała.

Odwiedziliśmy w tym czasie Kołobrzeg, gdzie wejście do pierwszej lepszej smażalni przy promenadzie wcale nie zakończyło się tragedią. No dobra, bezsmakowa zupa rybna z makaronem była porażką (9,50 zł), a tatar z łososia (14,50 zł) można było pominąć, ale ryby wspominam bardzo dobrze. Zarówno delikatne, smaczne mięso w chrupiącej panierce, jak i pieczone z warzywami i podawane na plackach ziemniaczanych nie były wprawdzie kulinarnymi wyżynami, ale złożyły się na porządny, uczciwy posiłek. Była to smażalnia Belona tuż obok latarni morskiej, a wpadliśmy tam tylko dlatego, że w polecanej sąsiedniej smażalni Rewiński ustawiła się niebotyczna kolejka i i tak nie byłoby szans na znalezienie wolnego stolika.


Po kilku dniach wyruszyliśmy dalej na wschód, do Ustki, która zachwyciła nas swoim wyjątkowym, uroczym klimatem osady rybackiej i piękną architekturą. Zatrzymaliśmy się w domu wakacyjnym Mistral, na parterze którego mieści się kawiarnia i cukiernia. Rano w Café Mistral wydawane są śniadania dla gości hotelowych, a później jest ona ogólnodostępna dla mieszkańców i turystów. Można tam nabyć pyszne, ręcznie robione krówki usteckie, zjeść smaczne ciasta i napić się kawy.

Z mojego doświadczenia nad polskim morzem pod względem kulinarnym nie było wcale tak tragicznie, jak to czasem opisują media czy krytycy kulinarni. Owszem, miałam często smutne wrażenie, że w nadbałtyckich miejscowościach budek z kebabem jest więcej niż smażalni ryb, a te ostatnie z kolei nie zawsze pachną atrakcyjnie. Jednak w tym gąszczu kiczu, zapiekanek, pizzy na kawałki i żarcia na wagę można niejednokronie znaleźć naprawdę wspaniałe miejsca. Dym na Wodzie, choć z zewnątrz zupełnie się nie zapowiadał, był pięknym odkryciem nad Bałtykiem. Świeże jedzenie, polskie, lokalne produkty, atrakcyjna prezentacja dań i smak, którego się nie zapomina (te mule w cydrze śnią mi się do dziś!). O Dymie na Wodzie napisałam osobno, bo nie możecie tego przegapić!


Kolejny przystanek – Łeba i pustka w głowie jeśli chodzi o miejsca z dobrym jedzeniem. Skusiliśmy się tam na flaczki z kalmarów i zwyczajną smażoną rybę, w ładnie wyglądającym ogródku tuż przy rzece (U Dettlaffa). Był to chyba najsłabszy zestaw, jaki próbowaliśmy podczas bałtyckiego wypadu, ale wciąż – tragedii nie było. Flaczki były dobre, a ryba okazała się chrupiąca i smaczna; narzekałam jedynie na frytki, ale w Krakowie przyzwyczajona jestem do świeżo robionych, domowych albo belgijskich frytek. Szkoda, że Łeba nie miała swojego Dymu na Wodzie…


Miała za to Café n°5, gdzie ujął mnie nie tylko fenomenalny deser z mascarpone i musem truskawkowym domowej roboty (zjadłam dwie porcje, nie żartuję), ale i niezwykła uczciwość właścicielki (?) tej niewielkiej kawiarenki. Przy płaceniu rachunku miałam wątpliwości, czy nie nadpłacam kilku złotych za herbatę. Przy wyjaśnianiu tej sytuacji miało miejsce pewne nieporozumienie, przez które myślałam, że to ja źle sprawdziłam jej cenę. Wyszliśmy więc, kierując się w stronę pensjonatu. Wierzcie lub nie, ale po dobrych pięciu czy siedmiu minutach spaceru, kiedy ja już zapomniałam o całej sprawie, właścicielka Café n°5 zatrzymała się samochodem na pasach, przez które mieliśmy przejść, wybiegła zaaferowana z auta i oddała mi siedem złotych, kilkakrotnie przepraszając za pomyłkę. To się nazywa uczciwość i troska o klienta! I to nawet nie klienta – jak myśli pewnie wielu restauratorów – lecz turystę, który przecież “i tak nie wróci”.

Kolejnego dnia wybraliśmy się dalej na wschód, zahaczając najpierw o piękną latarnię morską w Stilo (widok z niej jest zachwycający!). Następnie – w Lubiatowie – raczyliśmy się, w ramach odpoczynku od ryb, całkiem niezłą... pizzą z pieca w jedynej otwartej przy plaży restauracji, znajdującej się tuż przy parkingu na skraju lasu. Skusiłam się też tam na ręcznie lepione pierogi z łososiem, które okazały się absolutnym hitem. Jeśli tam będziecie, koniecznie ich spróbujcie – delikatne ciasto, pełen smaku farsz, podawane z kapką śmietany. Niestety nazwa lokalu wyleciała mi z głowy, ale są tam chyba tylko dwie restauracje i wątpię, by druga również miała w ofercie pizzę, więc łatwo znajdziecie właściwe miejsce.


Co dalej? Półwysep helski. Tu mieliście wiele miejsc do polecenia, szczególnie w Jastarni, tam jednak, ze względu na porę, mogłam skusić się tylko na doskonałe ciasta w rekomendowanej przez was Werandzie-Ogrodnicy (tort bezowy – 12 zł, królewskie ciasto Werandy – 15 zł) i mrożoną herbatę (7 zł). Żałowałam, że czas na kolację zarezerwowałam w Helu, bo bardzo przyjemnie siedziało się w tym słonecznym wnętrzu pośród kwiatów i w plażowych siedziskach z wikliny. Serwowane dania na sąsiednich stolikach też wyglądały atrakcyjnie. Obsługa była zdezorientowana i dość wolna, ale i tak dla tego klimatu chętnie bym tam wróciła przy kolejnej wizycie w Jastarni.

Jeśli Hel, to Maszoperia. Kultowe miejsce istniejące od 35 lat, którego najstarsza część znajduje się w zabytkowym rybackim domu z 1830 roku. Faktycznie – wnętrze tworzy tam wyjątkowy klimat i na czas posiłku można przenieść się w zupełnie inny świat. Niestety my odebraliśmy je jako smutne i ponure, bo przez cały czas byliśmy jedynymi gośćmi, a dodatkowo po obejrzeniu zdecydowanie za długiego menu zaczęłam się zastanawiać, czy to aby na pewno najlepsze miejsce na jakikolwiek posiłek. Tym bardziej, że nie trudno nie zauważyć, ale bardzo trudno uzasadnić obecność (oczywiście stosownie oznaczonych w menu) dań kuchni “japońskiej” (paluszki z kraba!), “francuskiej” (ślimaki!), “włoskiej” (łosoś na melonie!), a nawet “meksykańskiej” (ośmiorniczki z w sosie “moho”!). Nie, to nie jest żart. Chciałabym, by był.

Mimo wszystko postanowiłam zostać (w końcu to knajpa polecana jako pierwsza w Helu, innej na liście nie miałam) i z “lekką” dozą podejrzliwości zaczęłam próbować dania: niezłe śledzie po kaszubsku (16 zł) i w śmietanie z pulkami, czyli ziemniakami w mundurkach (12 zł), potem zamulające klopsiki z dorsza w gęstym, koperkowym sosie (25 zł) oraz risotto z krewetkami (32 zł). Przy tym ostatnim nie mogłam przeboleć, że właśnie na to zdecydował się mój towarzysz, bo to danie, tak jak przewidziałam, było przecież skazane na klęskę. Porcje były obfite i na pewno każdy turysta zaspokoi głód w tej rybackiej chacie, ale przy kolejnej okazji tym turystą raczej nie będę ja.


W końcu przyszedł czas na Sopot i restaurację Bulaj, którą wpisałam sobie na listę polskich restauracji do odwiedzenia po tym, jak przeczytałam świetny wywiad z Arturem Morozem w magazynie Food Service (wrzesień 2013). Lokal znajduje się tuż przy sopockiej plaży; wnętrze jest dość przeciętne, a ogródek jeszcze bardziej, ale za to w trakcie oczekiwania na zamówienie można powylegiwać się w hamaku (!) albo pospacerować po piasku. Menu jest króciutkie, zmienia się sezonowo, przeważają w nim propozycje rybne, chociaż wielbiciele mięsa też znajdą coś dla siebie. Obsługa, choć nieco powolna, bardzo sympatyczna, a atmosfera wyluzowana i bardzo nieformalna. Idealne miejsce na relaksujący lunch przy plaży czy niezobowiązującą kolację we dwoje (z pierwszego piętra roztacza się pewnie piękny widok na morze).


Wszystko, czego próbowaliśmy, było genialne w swej prostocie. W Bulaju czuć dbałość o jakość produktu i o najprostsze, lecz jakże ciekawe smaki. Zaskakujący, marynowany szczupak w zalewie octowej (21 zł) podany w słoiczku, czy pięknie zaprezentowana oryginalna mozzarella di bufala (29 zł) z szyjkami rakowymi, awokado i sezamem (29 zł) okazały się świetnym wstępem do tej rybnej uczty. Następnie danie flagowe, często zamawiane przez gości w Bulaju – fenomenalny, ponad półkilowy turbot (70 zł). Można wybrać większy na spółę lub mniejszy dla jednej osoby. Zajmuje cały talerz i wygląda imponująco. Po podaniu kelnerzy demonstrują, jak powinno się do niego zabrać. Ja zdecydowałam się na halibuta (41 zł) ze sporą ilością czosnku, świeżo zmielonym pieprzem i zieloną fasolką przyrządzoną na chrupiąco. Czekoladowy suflet (20 zł) z bratkami, które rosną w skrzynkach nieopodal stolika to deserowa poezja, ale chyba przebił go tort bezowy z musem truskawkowym (15 zł), który może nie wyglądał, ale za to jak smakował! Pozycja obowiązkowa.


Po udanym obiedzie wyszliśmy wprost na niemal pustą plażę i po krótkim spacerze usiedliśmy przy świeżym soku z pomarańczy w pierwszym lepszym barze – byle w słońcu i przy morzu. Niebawem mieliśmy złapać samolot do Krakowa, a ja już tęskniłam za tym widokiem. Wciąż wyraźnie pamiętając smaki z Bulaja, pomyślałam sobie, że nawet nieźle można nad tym Bałtykiem pojeść, tylko trzeba wiedzieć gdzie. Mam nadzieję, że ta relacja dała wam kilka wskazówek, dzięki którym wasz wypad nad polskie morze będzie jeszcze lepszy kulinarnie!


   Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.


19 sierpnia 2014

La Campana (Kraków)


Za każdym razem, gdy przechodziłam ulicą Kanoniczą, rzucałam okiem na ogródek La Campany, obiecując sobie, że w końcu skuszę się na wizytę w tym miejscu. Czekałam na sprzyjającą okazję, czyli naprawdę piękny, ciepły, letni wieczór, by móc usiąść w tym ogródku i choć przez chwilę poczuć się jak na wakacjach we Włoszech. Jeden z lipcowych, upalnych weekendów był więc na to idealny.

Przy dokonywaniu rezerwacji telefonicznej dopiero na koniec rozmowy kelnerka poinformowała, że ze względu na odbywający się w ogrodzie koncert, do rachunku doliczone zostanie dodatkowe 10 zł od osoby. Zdziwiło mnie to, bo czy koncerty w lokalach nie powinny być jedynie dodatkową atrakcją,  a nie czymś, za co klient jest zmuszony zapłacić, gdy chce zjeść posiłek w wybranej restauracji? Pierwszy raz spotkałam się z taką praktyką i choć nie do końca się z nią zgadzam, postanowiłam pozostać przy moim wyborze.

Ogród jest ogromny i piękny. Palące się świeczki, latarnie pomiędzy krzewami i wszechobecne kolorowe kwiaty składają się na bardzo relaksującą, piękną aranżację. Stoliki, do których dochodzi się brukowanymi ścieżkami, pokryte są białymi obrusami, postawionymi na sztorc serwetami i błyszczącymi sztućcami; znajdują się w zaułkach ogrodu, gdzie oddzielone są roślinnością, tworząc intymną przestrzeń dla małych grupek gości. To bez wątpienia jeden z najpiękniejszych restauracyjnych ogrodów w mieście!

Szkoda, że tę idylliczną atmosferę zakłócał pośpiech kelnerów, którzy niemal w biegu przemykali między stolikami. Trudno zrelaksować się w miejscu, w którym bez przerwy obserwuje się taką gonitwę. Choć w lokalu pracowało tego wieczoru naprawdę wielu kelnerów, nie byli oni w stanie sprawnie i ze spokojem obsłużyć ogrodu pełnego gości. Obsługująca nas kelnerka z niecierpliwością przyjmowała zamówienie i nawet na końcu, gdy już część ogrodu opustoszała, na dokonanie płatności – od momentu poproszenia o rachunek do momentu płacenia – musieliśmy czekać blisko 20 minut.

Ale od początku. W menu jest wszystko, czego szukają miłośnicy włoskich smaków (no, oprócz pizzy). Jest również podział na primi piatti (makarony) i secondi piatti (dania mięsne i rybne), co sugeruje, że należałoby wybrać coś z każdej kategorii. My jednak stawiamy na jedno danie, ale za to wybieramy przystawkę. Wśród tradycyjnych starterów i antipasti próbujemy znaleźć coś najmniej banalnego. Padło na crostini misti, czyli włoskie grzanki w różnych smakach (16 zł). Podane zostały mało starannie, na zwykłym, przytostowanym białym pieczywie (z kolei jako czekadełko podano ciemne – smaczne, gorące i chrupiące) w towarzystwie nieśmiertelnych… kiełków.
 
Grzanka z prawdziwkami i świeżą pietruszką była mało wyrazista, podobnie jak ta z pomidorami, czosnkiem, cebulą i bazylią – pomidory nie miały żadnego smaku. Wybroniła się tylko ta z pysznym łososiem i delikatną ricottą. Tatar z łososia (26 zł) również mógł być podany bardziej starannie (na talerzu leżała mało kształtna, posklejana masa), ale nadrabiał smakiem, bo w towarzystwie oliwek, kaparów, cebulki i mango smakował naprawdę dobrze.

W menu uprzedzono, że czas oczekiwania na dania może wynieść do 30 minut. Od momentu podania nam przystawek do momentu podania dań głównych minęła godzina (sprawdziłam czas wykonania zdjęć). I nie byłby to szczególnie duży problem, bo atmosfera (również dzięki muzyce na żywo) była idealna do długiego, przyjemnego przesiadywania przy kieliszku wina i rozmowie. Gorzej, że po tym czasie zrobiło się już całkiem ciemno i gdy dotarły do nas talerze z daniem głównym… poczułam się jak w Dark Restaurant. Mieliśmy pecha, bo nasz stolik, jako jeden z niewielu, nie miał w pobliżu latarenki, a jedyna, niewielka świeczka niewiele w tej sytuacji pomagała. To doprawdy niesamowite, że nikt z obsługi nie zorientował się, że przecież nie widzimy tego, co jemy. Po jakimś czasie sama poprosiłam więc o rozwiązanie problemu – kelnerka w biegu dołożyła pierwszą lepszą, ledwo tlącą się świeczkę, która to, jak możecie się domyślić, nie zrobiła dużej różnicy.

Dopiero wtedy na własnej skórze doświadczyłam, jak bardzo brak estetycznych wrażeń z posiłku może wpłynąć na doznania z jedzenia. Moje tortellacci z ricottą i borowikami (36 zł) były bardzo smaczne, ale ciągle miałam wrażenie, że to posiłek niekompletny. Choć ciasto rozpływało się w ustach, a sos był cudownie kremowy i całkiem przyjemnie komponował się w borowikami i smaczną ricottą, brak możliwości przeanalizowania pod względem wizualnym tego, co jem, był po prostu irytujący. W gorszej sytuacji była osoba towarzysząca, która próbowała rozprawić się z kaczą skórką z poprawnego, lecz dość banalnego grillowanego filetu z kaczki z sosem z mango na białym winie (37 zł) (do tego opiekane ziemniaczki z rozmarynem za jedyne 8 zł – mam duże wątpliwości, czy były domowej roboty). Jedzenie deseru straciło jakikolwiek sens.

Wyszliśmy więc z La Campany z mieszanymi uczuciami. Podczas tej wizyty trochę było pecha (nieoświetlony stolik), ale też sporo winy sympatycznej, lecz niezbyt zorganizowanej obsługi. Nie ma jednak wątpliwości, że nieprzerwana od pięciu lat obecność La Campany w Czerwonym Przewodniku jest w pełni zasłużona (symbole sztućców są głównie oceną klimatu i wystroju) – ogród jest po prostu cudowny i ze względu na niego chciałabym polecać to miejsce na specjalne okazje, mam więc nadzieję, że zarówno z jedzeniem, jak i z obsługą, będziecie mieć więcej szczęścia niż ja.

Plus: jeden z najpiękniejszych ogródków w Krakowie, atmosfera i wystrój wnętrza.
Minus: długi czas oczekiwania na dania, zabiegana obsługa, za muzykę na żywo pobierana opłata.
Adres: ul. Kanoniczna 7 | mapa | FB | www
Polecam: na romantyczną kolację w ogrodzie, na specjalną okazję.
Średnia ocena:  3,75 na 5.     Jedzenie – 3.5/5     Obsługa – 3/5    Wnętrze – 5/5      Ceny – 3.5/5




   Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...