12 września 2014

Samarkand (Kraków)


Oryginalna kuchnia uzbecka w Krakowie? Brzmi intrygująco! Ten skromny lokal na Kazimierzu założony został przez dwóch studentów dosłownie kilka miesięcy temu. O kuchni Uzbekistanu wiem dokładnie tyle, co przeciętny Polak (czyli nic), więc tym bardziej byłam ciekawa tego miejsca i wypróbowania nieznanych mi dotąd smaków.

Na pierwszy rzut oka widać, że to przedsięwzięcie skromne i niepozorne. Jedyna, niewielka sala z czymś w rodzaju baru jest po prostu… brzydka. Żółtawe ściany, trochę postrzępione, śliskie bieżniki na stołach, a wokół przypadkowo porozwieszane wzorzyste tkaniny. Atmosferę ratują ciekawe malunki, ale i tak jest pusto i dość ponuro przez ciężkie, ciemnobrązowe meble i ogólny brak pomysłu na wystrój.

Chłopak, który nas przywitał, sprawiał wrażenie speszonego, ale bardzo się starał dogodzić gościom, zagadując od czasu do czasu, czy czegoś jeszcze nie potrzeba i czy smakowało. Podał nam lekko zabrudzone, jednostronne menu, w którym – co nietrudno zauważyć – dominuje baranina. W karcie są trzy przystawki, dwie sałatki, dwie zupy, dwa desery i cała lista dań z baraniną (znajdą się też ze dwie wegetariańskie wariacje). Mnie to cieszy, bo bardzo lubię to mięso, a w krakowskich restauracjach rzadko je widuję i na pewno nie w takich cenach.

Zaczęliśmy jednak od kurczaka – yumshoq qanotchalar. Miały to być skrzydełka, a były również i nóżki, w sosie szefa kuchni (9 zł). Porcja jak na przystawkę pokaźna, mięso miękkie i soczyste, sos gęsty i dobrze skomponowany z kurczakiem, jednak spodziewałam się czegoś bardziej zaskakującego pod względem smaku i aromatu. Ot, domowe danie z kurczaka w smacznym sosie.

Shurpo, czyli uzbecki rosół z baraniny (10 zł), był dobry i esencjonalny, choć niedoprawiony. Smakuje zupełnie inaczej niż rosół z wołowiny i jest też bogatszy w składniki niż znana nam wersja tej zupy. W niezwykle sycącym uzbeckim rosole w Samarkand pływają spore kawałki ziemniaków, marchewka (zupełnie rozgotowana), ciecierzyca (nie z puszki), sporo cebuli, pokaźny kawał mięsa, koperek i inne, ledwo wyczuwalne przyprawy.

Polecanym daniem dnia był tandir, czyli żeberka baranie duszone po uzbecku z pieczonymi ziemniakami i marchewką podawane z prostą sałatką z ogórkiem, pomidorem i papryką (32 zł; najdroższe danie w karcie). Ziemniaki były raczej duszone razem z mięsem (a nie pieczone) i, zresztą tak jak marchewka, na granicy totalnego rozgotowania, ale wszystko nasiąknięte było świetnym, delikatnym sosem (który niestety szybko „podlał” też sałatkę, tylko leciutko doprawioną solą i pieprzem) i obsypane granatem, który nijak się miał do pozostałych smaków, ale, wraz z listkiem pietruszki, miał pewnie pełnić rolę dekoracyjną. Mięso idealnie odchodziło od kości i rozpływało się w ustach, samo w sobie było smakowite i świetnie przyrządzone.

Osoba towarzysząca postawiła na szaszłyki z baraniny z pieczonymi ziemniakami i sałatką (28 zł) i była bardzo zadowolona. Na mój gust jednak mięso miało w sobie za dużo tłuszczu i z jednej strony było zbyt mocno przysmażone, przez co twardawe. O niebo lepsze jadam czasem w Sami Am Am, szaszłyki są tam też znacznie lepiej doprawione i ciekawsze w smaku.

Bardzo udane ciasto migdałowe (8 zł), specjalność Samarkand, wzięłam na wynos – po tak obfitym posiłku nie byliśmy w stanie zjeść deseru na miejscu. Zresztą miałam wrażenie, że już go zjadłam na początku – w ramach czekadełka podano słodkie daktyle i choć je uwielbiam, nie sądzę, by słodka przystawka była dobrym pomysłem. Z większą przyjemnością przekąsiłabym je na koniec posiłku, a apetyt podsyciła wytrawną przystawką.

W Samarkand brakowało mi przypraw, aromatu, efektu „wow!”, możliwe jednak, że to ja miałam niewłaściwe oczekiwania, bo może taka jest właśnie oryginalna kuchnia uzbecka? Wizytę wspominam jednak pozytywnie – jest tam surowo i niezbyt pięknie, ale za to przyjaźnie i swojsko, a jedzenie jest proste, obfite i domowe. Herbata, która jest zawsze gratis (!), dodatkowo umacnia wrażenie, że gość jest tam gościem, a nie tylko klientem.

Tę recenzję napisałam dla magazynu Lounge (#64).

Plus: obfite porcje, darmowa herbata, domowa kuchnia i atmosfera.
Minus: nieatrakcyjne wnętrze, mało aromatyczne jedzenie, długi czas oczekiwania na dania główne.
Adres: ul. Dajwór 3 | mapaFB 
Polecam: na baraninę.
Średnia ocena:  3,25 na 5.     Jedzenie – 3.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 1/5      Ceny – 4.5/5




 Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.


31 sierpnia 2014

Wyjazd nad Bałtyk


Do tego wyjazdu, tak jak zwykle, chciałam się dobrze przygotować – zanotować polecane miejsca, restauracje najczęściej odwiedzane przez lokalnych mieszkańców czy te spisane w polskich przewodnikach krytyków i blogerów kulinarnych. Na liście miałam jedną perełkę, której byłam pewna, i dla której specjalnie wybrałam się do Sopotu, ale z resztą miejscowości nie miałam łatwego zadania – może szukałam zbyt krótko, ale nie znalazłam klarownych wskazówek w Sieci, dzięki którym wiedziałabym od razu, gdzie nad Bałtykiem (wyłączając Trójmiasto) można dobrze zjeść. Skorzystałam z kilku waszych propozycji i doszperałam się kilku ciekawych miejsc, niestety nie wszystkie były mi po drodze.


Podróż zaczęłam od kilku dni relaksu na totalnym odludziu w Zachodniopomorskiem, w niewielkim domku tuż przy plaży. Ja i moi towarzysze gotowaliśmy wtedy sami (bo gotowanie z widokiem na morze jest jeszcze bardziej przyjemne). Posiłki były proste, a po świeże ryby jeździliśmy (lub chodziliśmy plażą) do pobliskich miejscowości (na przykład do Chłopów), gdzie kupowaliśmy je prosto z rybackich kutrów. Wędzone halibuty, dorsze i makrele nabywaliśmy w wędzarniach powstałych kilka kroków od przystani rybackiej. W chłodne wieczory grillowaliśmy ryby w ogrodzie przy szumie fal, rozgrzewaliśmy się czerwonym winem czy naparem z imbiru i jakoś polska kapryśna pogoda wcale nam nie przeszkadzała.

Odwiedziliśmy w tym czasie Kołobrzeg, gdzie wejście do pierwszej lepszej smażalni przy promenadzie wcale nie zakończyło się tragedią. No dobra, bezsmakowa zupa rybna z makaronem była porażką (9,50 zł), a tatar z łososia (14,50 zł) można było pominąć, ale ryby wspominam bardzo dobrze. Zarówno delikatne, smaczne mięso w chrupiącej panierce, jak i pieczone z warzywami i podawane na plackach ziemniaczanych nie były wprawdzie kulinarnymi wyżynami, ale złożyły się na porządny, uczciwy posiłek. Była to smażalnia Belona tuż obok latarni morskiej, a wpadliśmy tam tylko dlatego, że w polecanej sąsiedniej smażalni Rewiński ustawiła się niebotyczna kolejka i i tak nie byłoby szans na znalezienie wolnego stolika.


Po kilku dniach wyruszyliśmy dalej na wschód, do Ustki, która zachwyciła nas swoim wyjątkowym, uroczym klimatem osady rybackiej i piękną architekturą. Zatrzymaliśmy się w domu wakacyjnym Mistral, na parterze którego mieści się kawiarnia i cukiernia. Rano w Café Mistral wydawane są śniadania dla gości hotelowych, a później jest ona ogólnodostępna dla mieszkańców i turystów. Można tam nabyć pyszne, ręcznie robione krówki usteckie, zjeść smaczne ciasta i napić się kawy.

Z mojego doświadczenia nad polskim morzem pod względem kulinarnym nie było wcale tak tragicznie, jak to czasem opisują media czy krytycy kulinarni. Owszem, miałam często smutne wrażenie, że w nadbałtyckich miejscowościach budek z kebabem jest więcej niż smażalni ryb, a te ostatnie z kolei nie zawsze pachną atrakcyjnie. Jednak w tym gąszczu kiczu, zapiekanek, pizzy na kawałki i żarcia na wagę można niejednokronie znaleźć naprawdę wspaniałe miejsca. Dym na Wodzie, choć z zewnątrz zupełnie się nie zapowiadał, był pięknym odkryciem nad Bałtykiem. Świeże jedzenie, polskie, lokalne produkty, atrakcyjna prezentacja dań i smak, którego się nie zapomina (te mule w cydrze śnią mi się do dziś!). O Dymie na Wodzie napisałam osobno, bo nie możecie tego przegapić!


Kolejny przystanek – Łeba i pustka w głowie jeśli chodzi o miejsca z dobrym jedzeniem. Skusiliśmy się tam na flaczki z kalmarów i zwyczajną smażoną rybę, w ładnie wyglądającym ogródku tuż przy rzece (U Dettlaffa). Był to chyba najsłabszy zestaw, jaki próbowaliśmy podczas bałtyckiego wypadu, ale wciąż – tragedii nie było. Flaczki były dobre, a ryba okazała się chrupiąca i smaczna; narzekałam jedynie na frytki, ale w Krakowie przyzwyczajona jestem do świeżo robionych, domowych albo belgijskich frytek. Szkoda, że Łeba nie miała swojego Dymu na Wodzie…


Miała za to Café n°5, gdzie ujął mnie nie tylko fenomenalny deser z mascarpone i musem truskawkowym domowej roboty (zjadłam dwie porcje, nie żartuję), ale i niezwykła uczciwość właścicielki (?) tej niewielkiej kawiarenki. Przy płaceniu rachunku miałam wątpliwości, czy nie nadpłacam kilku złotych za herbatę. Przy wyjaśnianiu tej sytuacji miało miejsce pewne nieporozumienie, przez które myślałam, że to ja źle sprawdziłam jej cenę. Wyszliśmy więc, kierując się w stronę pensjonatu. Wierzcie lub nie, ale po dobrych pięciu czy siedmiu minutach spaceru, kiedy ja już zapomniałam o całej sprawie, właścicielka Café n°5 zatrzymała się samochodem na pasach, przez które mieliśmy przejść, wybiegła zaaferowana z auta i oddała mi siedem złotych, kilkakrotnie przepraszając za pomyłkę. To się nazywa uczciwość i troska o klienta! I to nawet nie klienta – jak myśli pewnie wielu restauratorów – lecz turystę, który przecież “i tak nie wróci”.

Kolejnego dnia wybraliśmy się dalej na wschód, zahaczając najpierw o piękną latarnię morską w Stilo (widok z niej jest zachwycający!). Następnie – w Lubiatowie – raczyliśmy się, w ramach odpoczynku od ryb, całkiem niezłą... pizzą z pieca w jedynej otwartej przy plaży restauracji, znajdującej się tuż przy parkingu na skraju lasu. Skusiłam się też tam na ręcznie lepione pierogi z łososiem, które okazały się absolutnym hitem. Jeśli tam będziecie, koniecznie ich spróbujcie – delikatne ciasto, pełen smaku farsz, podawane z kapką śmietany. Niestety nazwa lokalu wyleciała mi z głowy, ale są tam chyba tylko dwie restauracje i wątpię, by druga również miała w ofercie pizzę, więc łatwo znajdziecie właściwe miejsce.


Co dalej? Półwysep helski. Tu mieliście wiele miejsc do polecenia, szczególnie w Jastarni, tam jednak, ze względu na porę, mogłam skusić się tylko na doskonałe ciasta w rekomendowanej przez was Werandzie-Ogrodnicy (tort bezowy – 12 zł, królewskie ciasto Werandy – 15 zł) i mrożoną herbatę (7 zł). Żałowałam, że czas na kolację zarezerwowałam w Helu, bo bardzo przyjemnie siedziało się w tym słonecznym wnętrzu pośród kwiatów i w plażowych siedziskach z wikliny. Serwowane dania na sąsiednich stolikach też wyglądały atrakcyjnie. Obsługa była zdezorientowana i dość wolna, ale i tak dla tego klimatu chętnie bym tam wróciła przy kolejnej wizycie w Jastarni.

Jeśli Hel, to Maszoperia. Kultowe miejsce istniejące od 35 lat, którego najstarsza część znajduje się w zabytkowym rybackim domu z 1830 roku. Faktycznie – wnętrze tworzy tam wyjątkowy klimat i na czas posiłku można przenieść się w zupełnie inny świat. Niestety my odebraliśmy je jako smutne i ponure, bo przez cały czas byliśmy jedynymi gośćmi, a dodatkowo po obejrzeniu zdecydowanie za długiego menu zaczęłam się zastanawiać, czy to aby na pewno najlepsze miejsce na jakikolwiek posiłek. Tym bardziej, że nie trudno nie zauważyć, ale bardzo trudno uzasadnić obecność (oczywiście stosownie oznaczonych w menu) dań kuchni “japońskiej” (paluszki z kraba!), “francuskiej” (ślimaki!), “włoskiej” (łosoś na melonie!), a nawet “meksykańskiej” (ośmiorniczki z w sosie “moho”!). Nie, to nie jest żart. Chciałabym, by był.

Mimo wszystko postanowiłam zostać (w końcu to knajpa polecana jako pierwsza w Helu, innej na liście nie miałam) i z “lekką” dozą podejrzliwości zaczęłam próbować dania: niezłe śledzie po kaszubsku (16 zł) i w śmietanie z pulkami, czyli ziemniakami w mundurkach (12 zł), potem zamulające klopsiki z dorsza w gęstym, koperkowym sosie (25 zł) oraz risotto z krewetkami (32 zł). Przy tym ostatnim nie mogłam przeboleć, że właśnie na to zdecydował się mój towarzysz, bo to danie, tak jak przewidziałam, było przecież skazane na klęskę. Porcje były obfite i na pewno każdy turysta zaspokoi głód w tej rybackiej chacie, ale przy kolejnej okazji tym turystą raczej nie będę ja.


W końcu przyszedł czas na Sopot i restaurację Bulaj, którą wpisałam sobie na listę polskich restauracji do odwiedzenia po tym, jak przeczytałam świetny wywiad z Arturem Morozem w magazynie Food Service (wrzesień 2013). Lokal znajduje się tuż przy sopockiej plaży; wnętrze jest dość przeciętne, a ogródek jeszcze bardziej, ale za to w trakcie oczekiwania na zamówienie można powylegiwać się w hamaku (!) albo pospacerować po piasku. Menu jest króciutkie, zmienia się sezonowo, przeważają w nim propozycje rybne, chociaż wielbiciele mięsa też znajdą coś dla siebie. Obsługa, choć nieco powolna, bardzo sympatyczna, a atmosfera wyluzowana i bardzo nieformalna. Idealne miejsce na relaksujący lunch przy plaży czy niezobowiązującą kolację we dwoje (z pierwszego piętra roztacza się pewnie piękny widok na morze).


Wszystko, czego próbowaliśmy, było genialne w swej prostocie. W Bulaju czuć dbałość o jakość produktu i o najprostsze, lecz jakże ciekawe smaki. Zaskakujący, marynowany szczupak w zalewie octowej (21 zł) podany w słoiczku, czy pięknie zaprezentowana oryginalna mozzarella di bufala (29 zł) z szyjkami rakowymi, awokado i sezamem (29 zł) okazały się świetnym wstępem do tej rybnej uczty. Następnie danie flagowe, często zamawiane przez gości w Bulaju – fenomenalny, ponad półkilowy turbot (70 zł). Można wybrać większy na spółę lub mniejszy dla jednej osoby. Zajmuje cały talerz i wygląda imponująco. Po podaniu kelnerzy demonstrują, jak powinno się do niego zabrać. Ja zdecydowałam się na halibuta (41 zł) ze sporą ilością czosnku, świeżo zmielonym pieprzem i zieloną fasolką przyrządzoną na chrupiąco. Czekoladowy suflet (20 zł) z bratkami, które rosną w skrzynkach nieopodal stolika to deserowa poezja, ale chyba przebił go tort bezowy z musem truskawkowym (15 zł), który może nie wyglądał, ale za to jak smakował! Pozycja obowiązkowa.


Po udanym obiedzie wyszliśmy wprost na niemal pustą plażę i po krótkim spacerze usiedliśmy przy świeżym soku z pomarańczy w pierwszym lepszym barze – byle w słońcu i przy morzu. Niebawem mieliśmy złapać samolot do Krakowa, a ja już tęskniłam za tym widokiem. Wciąż wyraźnie pamiętając smaki z Bulaja, pomyślałam sobie, że nawet nieźle można nad tym Bałtykiem pojeść, tylko trzeba wiedzieć gdzie. Mam nadzieję, że ta relacja dała wam kilka wskazówek, dzięki którym wasz wypad nad polskie morze będzie jeszcze lepszy kulinarnie!


   Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...