21 lipca 2014

Destino (Kraków)


Wizualizacje wnętrza zaprojektowanego przez architekta, dopracowane logo, pieczołowicie dobrane pod kolor obrusu okładki karty dań… a to wszystko na długo przed otwarciem z dumą prezentowane na portalach społecznościowych. Coraz więcej w Krakowie takich budujących napięcie, przemyślanych projektów restauracji. Destino także poszła tą drogą i w końcu, w połowie lipca, otworzyła swoje drzwi dosłownie rzut beretem od Rynku Głównego.

Wszechobecna biel jest tu i ówdzie złamana czarnymi elementami finezyjnych żyrandoli, ciemnoszarymi bieżnikami czy butelkami win poukładanych tuż pod sufitem. Inną salę z kolei zdobią kafelki przypominające portugalskie azulejos. Jest surowo i jakby trochę sterylnie, a mimo to przyjemnie, choć będzie bardziej, gdy wnętrze się nieco wypełni (puste półki wyglądają biednie). Tego wieczoru wszystkie okna były zapraszająco pootwierane na oścież, w środku paliły się świece, a przy wejściu witała uśmiechnięta obsługa.

Destino ma specjalizować się w kuchni śródziemnomorskiej. Karta dań nie jest specjalnie długa, nie jest też zbyt zaskakująca, znajdziemy tam sporo sztampowych propozycji (carpaccio, crostini, tradycyjna lasagne, tiramisu), a kilka elementów zbyt często powtarza się w poszczególnych daniach. Jednak można też z niego wyłowić coś, co zjemy w niewielu restauracjach w Krakowie, np. paellę, risotto z karczochami czy krem z fenkułów. Czekadełka nie podano, ale nawet nie zwróciłam na to uwagi, bo przystawki przyniesiono po bardzo niedługim czasie.

W ruch poszła jedna przystawka na ciepło i jedna na zimno. Chłodny pstrąg marynowany w winie z warzywami julienne miał przyjemny, orzeźwiający, kwaskowaty posmak i górę cienko pokrojonych warzyw (marchewka, cebula, seler naciowy, zwieńczone natką pietruszki), poza tym niczym jednak nie zachwycił. Krewetki zapieczone w cieście piwnym z dwoma sosami z Wysp Kanaryjskich (mojo verde i mojo rojo) smakowo były świetne, jednak gotowały się ciut za długo i zamiast chrupiące, były rozlazłe i miękkie, tak jak pokryte nimi ciasto – miejscami chrupkie, miejscami namoknięte. Chyba nie o taki efekt chodziło? Sosy okazały się niezłe, aromatyczny pietruszkowy (verde, zielony) i łagodny w smaku na bazie papryki (rojo, czerwony).

Gdy zauważyłam, jak kelner zmaga się przy sąsiednim stoliku z nalewaniem sangrii z dzbana do kieliszków, zlitowałam się i wytłumaczyłam, jak to się robi. Wcześniej sam trudził się przy naszym stoliku, lejąc trunek po serwetkach, swoich palcach i blacie. Warto zaznaczyć, że sangria była świetna. Nie ma chyba lepszego alkoholowego napoju do kolacji w tak upalne dni, a w Destino robią ją naprawdę nieźle. Wracając jeszcze na moment do kelnera – był bardzo sympatyczny i starający się; mam wrażenie, że w końcu nowa knajpa nie wzięła ludzi z ulicy. Wszyscy, choć, wiadomo, trochę zestresowani jak to na początku bywa i popełniali drobne błędy, byli bardzo profesjonalni jak na krakowski poziom.

Co dalej? Nie mogłam nie spróbować zapiekanki z dorsza po portugalsku z ziemniakami i czarnymi oliwkami, w sosie beszamelowym (28 zł), czyli coś w rodzaju bacalhau com natas, jedno z moich ulubionych portugalskich potraw, które jadłam już dziesiątki razy, zarówno w Portugalii, jak i własnoręcznie robioną w domu, a nawet swego czasu w Krakowie, przygotowywaną przez portugalskiego kucharza. Choć u kelnera z żalem potwierdziłam (a on sam potwierdzić musiał wcześniej w kuchni), że nie jest to bacalhau, czyli solony i suszony dorsz atlantycki, a po prostu świeży dorsz, zaryzykowałam.

Niestety, to danie to niewypał. Pomijając już wodniste oliwki bez pestek i bez smaku, cały sekret bacalhau w tym daniu polega na tym, że mimo że go nie ma wiele (tu zresztą też nie było), jego intensywny smak i aromat przenika wszystkie składniki i sos. W tej zapiekance działo się odwrotnie – to ziemniaki nadawały smak rybie, a ta była niemal niewyczuwalna. Bardzo nudne, bardzo ziemniaczane danie.

Potem było już lepiej, przynajmniej przez jakiś czas. Kurczak po prowansalsku z patelni duszony w białym winie (21 zł) był fantastyczny, supermiękki, doskonale doprawiony minimalną ilością aromatycznych przypraw i w towarzystwie ugotowanego w punkt groszku oraz purée z fasoli, które ciekawie uzupełniało całość. Nad prezentacją wypadałoby popracować, ale – choć proste – było to bardzo udane danie.

Polecony przez kelnera deser, czyli lody piernikowe na toście z musem wiśniowym (13 zł), nie rozczarował, a wręcz... zaskoczył. Mus wyśmienity, tost – muśnięty musem od dołu, z góry chrupiący, zwieńczony dwiema przepysznymi kulkami  wyważonych, intensywnie korzennych lodów. Na górę, by dodać zarówno kwaskowatości, jak i uroku – trochę czerwonych porzeczek. Dla mnie bomba!

Deser osoby towarzyszącej był jednak mniej udany. Beza z kremem waniliowym, owocami i musem wiśniowym (11 zł), gdzie krem obok wanilii pewnie w ogóle nie stał, bo smakował bardziej jak bita śmietana – i to taka zupełnie bez wyrazu. Mus, wiadomo, był pyszny, ale znowu beza... zamiast przyjemnie znikać w ustach, w końcowym momencie robiła się gumowata.

I co mam z tobą zrobić, Destino? Raz zachwycasz, innym razem zawodzisz. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Może wy pójdziecie i mi powiecie, czy już jest lepiej tam, gdzie było źle i nadal dobrze tam, gdzie jest już całkiem nieźle?

Plus: sprawna i sympatyczna obsługa, ładne wnętrze.
Minus: bardzo nierówne dania.
Adres: ul. św. Jana 8 | mapa | FB
Polecam: na razie chyba tylko na deser i sangrię.
Średnia ocena: 3,88 na 5.     Jedzenie – 2.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 4.5/5



  Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

16 lipca 2014

Ale Wino (Warszawa)


Choć mój ostatni wyjazd do Warszawy miał pewien nadrzędny kulinarny cel (o którym wkrótce napiszę), chciałam w pełni wykorzystać pobyt w stolicy i wybrać dwa ciekawe, ale też niezbyt uszczuplające portfel miejsca na pozostałe posiłki. Ale Wino było jednym z nich. Dopiero od niedawna ten lokal może pochwalić się szerszym menu stworzonym przez szefa kuchni Sebastiana Wełpę – wcześniej był po prostu winiarnią z przekąskami.

O tej restauracji w ostatnim czasie można było przeczytać chyba na wszystkich czołowych warszawskich blogach (np. tu i tu), a na Instagramie napatrzeć się na dania z karty przyozdobione mnóstwem pochwał. Byłam przekonana, że zastanę pełen lokal, i że bez rezerwacji ani rusz, tymczasem na miejscu nie zobaczyłam żadnego gościa. Pogoda była nieciekawa, więc nie mogłam skorzystać z przytulnego ogródka w podwórzu; trafiłam tylko na smutne, mokre meble poustawiane jeden na drugim. Z kolei w środku zaskoczył mnie bałagan; miałam wrażenie, że weszłam do jakiegoś maleńkiego, nieuporządkowanego magazynu, a nie restauracji.

Kelnerka wskazała jeden ze stolików i obiecała ogarnąć przestrzeń wokół nas, jednak dopiero w połowie posiłku ktoś faktycznie się tym zajął, przygotowując stoły z rezerwacjami dla kolejnych gości. Nie miałam jednak o to pretensji, bo to my przyszliśmy wcześniej niż zapowiedziałam; co jednak, jeśli ktoś chciałby pojawić się w lokalu bez uprzedzenia? Po uporządkowaniu wnętrza w towarzystwie kwiatów, pomarańczowych cegieł i półek zastawionych butelkami win zaczęło być całkiem przyjemnie.

Wypisane kredą menu choć krótkie, było chaotyczne – przystawki, dania główne, desery i przekąski mieszały się na tablicy i nie bardzo było wiadomo, co jest co. Sympatyczna i cierpliwa kelnerka zaznaczyła jednak, że „różnie goście zamawiają” i nie bała się polecać konkretnych dań. Zamówiłam więc dwie propozycje: cukinię w tempurze z musem z bakłażana i koziego sera na czarnej soczewicy (25 zł) oraz ravioli z selera, kalafiorem i truflą (26 zł). Cukinia była doprawdy wyborna; tempura okazała się chrupka i bez kropli zbędnego tłuszczu, a jej nadzienie – kremowe i smaczne. Ravioli z selera z kolei to danie zaskakujące – między cieniuteńkimi, przypieczonymi al dente plasterkami selera oprószonymi płatkami trufli znajdował się intrygujący kalafiorowy farsz. Było świetne, lecz przy końcu danie zaczęło wydawać mi się nieco mdłe, jakby czegoś w nim jednak brakowało. Tak czy owak, ogromny plus za inwencję!

Osoba towarzysząca w ramach przystawki zamówiła podanego na pokaźnym kawałku drewna doskonałego łososia w cytrusach z rzodkiewką, finezyjnymi kawałkami gruszki i prażonym amarantusem (32 zł), a w drugiej kolejności – risotto z truflą (38 zł), które w mojej opinii również było bardzo udane, jednak według osoby towarzyszącej im dłużej się je jadło, tym wydawało się bardziej banalne. Może to jednak za proste danie dla kogoś, kto często jada i bardzo lubi mięso i ryby? Ot, będzie nauczka na przyszłość.

Na koniec powodów do narzekania nie miało już żadne z nas. Przyozdobiony kwiatem nasturcji orzeźwiający sorbet z malin z arbuzem i zaskakującym dodatkiem sera koziego (8 zł) to bardzo miłe zakończenie posiłku. Jednak jeszcze lepszym akcentem był superpuszysty zapiekany mus czekoladowy z absolutnie fantastycznymi, kremowymi lodami lawendowymi i pomarańczą sous vide przyrządzaną przez cztery godziny w syropie (20 zł).

Tak więc miło spędziliśmy czas nad talerzami pełnymi oryginalnych smaków i nie żałuję, że wybrałam właśnie to miejsce na jeden z dwóch obiadów w Warszawie. Zazdroszczę tym, którzy wypróbują kolejną odsłonę menu w Ale Wino – koniecznie zdajcie relację!

Szef kuchni: Sebastian Wełpa
Plus: porządna kuchnia z ciekawymi pomysłami, fajne podwórko na uboczu.
Minus: niewiele miejsca w środku (istotne w przypadku złej pogody).
Adres: ul. Mokotowska 48 | mapa
Polecam: bez specjalnej okazji, wyjście z przyjaciółmi.
Średnia ocena: 4,25 na 5.     Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 4/5      Ceny – 4.5/5


 Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...