4 lutego 2016

Zenit (Kraków)


Przechodziliśmy ostatnio ulicą Miodową i w pobliżu synagogi Tempel mój wzrok przyciągnęło ciekawe, pełne gości wnętrze Zenitu. Jak się okazało, lokal został otwarty zaledwie pięć dni wcześniej, a to był jego pierwszy weekend. Mieliśmy farta – bardzo sympatyczny kelner zaprosił nas na moment do baru, podczas gdy przygotowywano dla nas jedyny właśnie zwalniający się stolik.

Niewiele lokali tuż po otwarciu ma takie obłożenie. Turyści – wiadomo – robią swoje, szczególnie w samym sercu Kazimierza, ale w Zenicie słyszałam wokół tylko język polski. Trudno jednak się dziwić – oryginalne i przemyślane w każdym calu wnętrze wyróżnia się na tle innych w Krakowie, a dzięki dużym oknom można z ulicy podglądać nowoczesny, bardzo sympatyczny klimat. Świetny bar w samym centrum lokalu, fajne oświetlenie, zielone, wysokie rośliny w doniczkach, fantazyjne obrazy i lusterka gęsto pokrywające ściany, a do tego ciekawy układ sali. Krótko mówiąc – jest nowocześnie, ale bez zadęcia; gwarnie, ale przyjemnie.

Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam na sali o takiej powierzchni tak dużą liczbę pracujących kelnerów. Teoretycznie to zaleta, ale należy pamiętać, że większą grupę jest trudniej odpowiednio zorganizować i w Zenicie było to widać – niektórzy chodzili trochę zdezorientowani, wpadali na siebie lub zabierali się do tej samej czynności. Wierzę jednak, że zgranie tego zespołu to tylko kwestia czasu. Obsługa, choć momentami chaotyczna, jest bardzo sympatyczna.

Menu mieści się na jednej stronie, jest bardzo czytelne i zawiera całkiem sporo specjalnie oznaczonych dań wegetariańskich, wegańskich oraz bezglutenowych. To kuchnia międzynarodowa, ale bazująca na dobrych (np. kurczak zagrodowy, jaja z wolnego wybiegu) i lokalnych produktach od konkretnych producentów (niektóre z certyfikatami, np. Wielkopolski Ser Regionalny ChOG), o których możemy poczytać na końcu karty. W Zenicie warto też spróbować herbaty – na gości czeka szeroki wybór fantastycznych herbat Sirocco (polecam rumiankową!).

Jako że dzień był wietrzny i zimny, bardzo kusił mnie bulion z klopsikami z jagnięciny, trofie z jarmużem, koprem włoskim i selerem naciowym (14 zł), jednak niestety, bulion już się skończył. Padło więc na jędrne krewetki królewskie w fenomenalnym, słodkim sosie na bazie miodu gryczanego z dodatkiem kasztanów, podawane w towarzystwie lekko chrupkiej, sycącej focacci z czarnuszką (18 zł).

Mój towarzysz zdecydował się tylko na danie główne – makaron z krewetkami, kalmarami i pesto z kasztanów (18 zł). Danie pachniało na odległość, owoce morza były sprężyste, makaron ugotowany w punkt, a pesto świetnie komponowało się z całością. Mój wegetariański wybór – klopsiki z ciecierzycy z ugotowaną na sypko kaszą bulgur z dodatkiem słodkich daktyli i gęstym sosem pomidorowo-pomarańczowym (22 zł), podane z sałatką z odrobiną mięty, koperku i pietruszki, był takim spełnieniem marzeń o smacznym, świeżym, zdrowym i ciekawym wegetariańskim daniu w lokalu, który nie jest wegetariański z nazwy. Jedyne co, to sos mógłby mieć nieco rzadszą konsystencję i mogłoby go być nieco więcej, by starczyło do każdego klopsika – bez niego były zbyt suche.

Bardzo chcieliśmy spróbować deserów, niestety – mimo wczesnej godziny (około siedemnastej) oba desery widniejące w menu już się skończyły. Na dodatek dowiedzieliśmy się o braku ciasta czekoladowego po co najmniej dziesięciu minutach oczekiwania, a o braku szpinakowego – po kolejnych dziesięciu. Na dania główne też musieliśmy zdecydowanie za długo czekać. Oby Zenit postarał się o sprawniejsze tempo (zarówno na sali, jak i w kuchni), bo go polubiłam, kibicuję mu i planuję często wracać!

Chef: Anna Rymgajła.
Plus: wiele opcji dla niejedzących mięsa, świetne produkty, ciekawe i smaczne dania.
Minus: chaotyczna obsługa, brak wielu pozycji z karty, długi czas oczekiwania.
Polecam na: lunch, spotkanie z przyjaciółmi.
Adres: ul. Miodowa 19 | mapa | FB
Średnia ocena: 4,38  na 5.         Jedzenie – 4.5/5      Obsługa – 3/5     Wnętrze –5/5     Ceny – 5/5




*

24 stycznia 2016

Industrial (Kraków)


Na początku stycznia na Zabłociu rozpoczęła swoją działalność nowa restauracja – siostrzany lokal bardzo lubianego przeze mnie Studia Qulinarnego, którego zawsze chętnie polecam na specjalne okazje, romantyczne kolacje czy spotkania biznesowe. Z niecierpliwością, dużą ciekawością, ale też wysokimi oczekiwaniami wybrałam się więc na Lipową.

Industrial znajduje się tuż obok Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK. Ideą właścicielki było stworzenie restauracji i zarazem nowoczesnej przestrzeni wystawienniczej w celu zapewnienia gościom nie tylko wrażeń kulinarnych, ale też estetycznych. Nie da się ukryć, że przestronne, otwarte wnętrze z przeszklonymi ścianami, wysokim sufitem i zwisającymi z niego obrazami robi wrażenie. Dominuje elegancka czerń, która kontrastuje z odkrytym szarym betonem czy surowymi metalowymi kratami. Jednym słowem mamy nowe oryginalne restauracyjne wnętrze w Krakowie.

Szefem kuchni został Michał Zakrajewski, sous chef ze Studia Qulinarnego, który w Industrialu gotuje w sporej, całkowicie otwartej kuchni. Menu wygląda minimalistycznie i jest stosunkowo niedługie – znajdziemy w nim pięć przystawek i po cztery propozycje zup, makaronów, ryb, mięs i deserów. Są w nim finezyjne, rozbudzające kubki smakowe pozycje, ale są też te bardzo oklepane, takie jak carpaccio wołowe, carbonara, sałatka cezar, crème brulee czy burgery – wszystko to zjemy w pierwszej lepszej restauracji w mieście.

W progu przywitała nas kelnerka z grobową miną – przez moment nie wiedziałam, czy jesteśmy mile widziani (drodzy kelnerzy tego świata, uśmiech nie odejmuje wam profesjonalizmu!). Tego dnia nie było wielu gości i obsługa ewidentnie się nudziła, urządzając sobie pogawędki przy barze. Trudno jednak zarzucić coś kelnerce, która obsługiwała nasz stolik – choć sprawiała wrażenie odrobinę nieśmiałej, była czujna, bardzo sprawna i nie popełniła żadnej gafy.

Zaczęliśmy od przystawek: carpaccio z tuńczyka z kolendrą, czerwonym pieprzem, chipsami z jarmużu i kawiorem cytrusowym (38 zł) oraz kremu z pieczonego buraka z lodami malinowymi (23 zł). Carpaccio okazało się odrobinę za zimne, ale zarówno delikatna tekstura, jak i dobór dodatków, szczególnie orzeźwiającego, kwaskowatego kawioru, były idealne. Podczas gdy lody malinowe rozpływały się w aksamitnym, burgundowym kremie, ja rozpływałam się nad nim – to jedno z tych fenomenalnych dań, o których myśli się jeszcze kilka dni po wyjściu z restauracji. Lody podane w odpowiednich proporcjach i o odpowiednim stopniu słodyczy, w ogóle nie zaburzyły warzywnego kremu, lecz intrygująco się z nim przeplatały.

Schab z dzika (68 zł) dotarł do stołu nierówny – po jednej stronie został nieco przeciągnięty, co wpłynęło na teksturę mięsa, więc sytuację musiał ratować fantastyczny, mięsny, gęsty sos. Mięciutkie, delikatne gnocchi i ugotowana w punkt czerwona kapusta były smacznymi dodatkami, ale to mięso powinno grać tu pierwsze skrzypce.

Płacąc za rybę 67 zł, oczekiwałam czegoś więcej, niż to, co pojawiło się na talerzu – w towarzystwie kaszy pęczak, ugotowanych al dente warzyw (kukurydza, kalafior romanesco, marchew) i, nota bene, świetnego, delikatnego, maślanego sosu beurre blanc. Jadłam w życiu wspaniałe ryby, z głębią smaku, z cudną chrupiącą skórką, z delikatnie rozwarstwiającym się mięsem – sandaczowi tego brakowało i nie zamówiłabym go ponownie. Za taką cenę oczekuję znacznie więcej powodów do ekscytacji.

Gdy przyszedł czas na desery, mój towarzysz zamówił krem brûlée (22 zł), który, choć dla mnie zwykle jest mało oryginalnym wyborem, okazał się z kolei strzałem w dziesiątkę. Z wyczuwalną nutą kardomonu, o aksamitnej konsystencji, w towarzystwie suszonych śliwek o wspaniałym korzennym aromacie i z cieniutką warstwą skarmelizowanego cukru. Równie świetne było mocno orzechowe semifreddo (21 zł) podane z chipsem z karmelu oraz gęstymi emulsjami o smaku miętowym, mango, malinowym i karmelowym. Mięta była ważnym, orzeźwiającym elementem tej kompozycji, choć jej smaku zabrakło w wacie, która zgodnie z menu miała być właśnie miętowa. Na dodatek była niewygodna do jedzenia i ewidentnie brakło pomysłu na jej prezentację na talerzu. Jak dla mnie, mogłoby jej nie być.

Industrial to bez wątpienia bardzo nowoczesne, atrakcyjne wnętrze i przemyślany koncept. Przepiękna ceramika współgra z wnętrzem, a niezwykle starannie złożone dania powodują, że zanim sięgnie się po sztućce, chce się najpierw najeść nimi oczami. Jest to dobre miejsce na randkę czy na świętowanie nieco bardziej specjalnej okazji (rachunek dla dwóch osób wyniósł w końcu 270 zł, bez alkoholu). W niektórych przypadkach przydałoby się jednak więcej emocji wywołanych smakiem – następnym razem chciałabym wyjść z chęcią zamówienia wszystkich dań ponownie (nie tylko przystawek i deserów) i z poczuciem, że były warte swej ceny.

Szef kuchni: Michał Zakrajewski
Plus: wnętrze, spójny koncept, prezentacja dań.
Minus: niedopracowane dania główne, stosunkowo wysokie ceny.
Polecam na: romantyczną kolację, spotkanie biznesowe, specjalną okazję.
Adres: ul. Lipowa 4a | mapa | FB | www
Średnia ocena:  4,13 na 5.         Jedzenie – 4/5      Obsługa – 4/5     Wnętrze –5/5     Ceny – 3.5/5








*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...